Z cyklu „za młodzi, by umrzeć”: Edie Sedgwick...

Kiedy w 2006 roku Sienna Miller pojawiła się w dramacie „Factory girl” (tłum.polskie „Dziewczyna z fabryki”) wielu twierdziło, że biorąc pod uwagę jej dotychczasowy dorobek to na pewno musi być rola jej życia. Wcielenie się w Edie Sedgwick, dziewczyny z „fabryki” Andy Warhola, ze względu na duże podobieństwo fizyczne obu dziewczyn, musiało być z jednej strony przyjemnością, z drugiej zaś zapewne ogromnym obciążeniem psychicznym dla młodej aktorki. Przedstawienie na ekranie losów tak kruchej, tak pogubionej i tak niepewnej siebie postaci, jaką była w prawdziwym życiu Edie Sedgwick musiało być bowiem trudne i dość traumatyczne. Choć sam film w Polsce nadal funkcjonuje w kategorii kina raczej niszowego, jego zrealizowanie przyczyniło się do zwrócenia uwagi na postać samej Edie, tak tragicznej, i fascynującej jednocześnie. To właśnie jej, poświęcony będzie dzisiejszy artykuł. Edie była krucha, bo jej rodzina była krucha, zamożna, ale mało stabilna emocjonalnie, aby móc być wsparciem dla tak delikatnej i wrażliwej jednostki, jaką niewątpliwie była dziewczyna. Edie przyszła na świat 20 kwietnia 1943 w Santa Barbara, w Kalifornii, jako siódme dziecko Alice Delano de Las i Francesa Minturna Sedgwick. Rodzice Edie rozdarci byli pomiędzy pewną dychotomią. Z jednej stroni reprezentowali jedną z zamożniejszych i lepiej prosperujących rodzin w mieście, z drugiej targały nimi liczne załamania nerwowe, choroby psychiczne i wizyty w klinikach, a to nie mogło dobrze wpływać na psychikę młodej Edie. Ojciec Edie miał poważne problemy zdrowotne: niedomagał fizycznie (urodził się z przepukliną pępkową, cierpiał na astmę, zachorował także na zapalenie kości), oraz psychicznie (zdiagnozowano u niego psychozę maniakalno-depresyjną oraz nerwicę). Z racji jego niestabilnej pozycji zdrowotnej, Frances nie mógł skupić się na wykonywaniu wymarzonego zajęcia (pragnął zostać potentatem kolejowym), zasugerowano mu natomiast, aby poświęcił się rzeźbiarstwu, zresztą z dużym powodzeniem. Matka Edie była absolutnie zakochana w swoim mężu, niezwykle wyrozumiała, nie potrafiła koncentrować się na dzieciach, tak jak właśnie na mężu. Tolerowała wszystkie jego dziwactwa, nastroje, a nawet niewierność. O ile dla męża potrafiła być w 100%, o tyle dzieciom nie była w stanie poświęcić nawet procenta z tej uwagi. Zresztą tych dzieci w ogóle nie powinni mieć, bo takie zalecenie wydał im lekarz prowadzący Francesa, ale oboje je zignorowali. Mało tego, z płodzenia dzieci Frances uczynił swego rodzaju konkurencję, chełpił się tym, że ma ich aż tyle. Cóż z tego, skoro zaraz po urodzeniu dzieci były oddawane pod opiekę licznych niań, guwernantek, a później posyłane do elitarnych szkół, zatem w domu finalnie nie spędzały zbyt dużo czasu. Z każdym rokiem ojciec zachowywał się coraz dziwniej, w końcu cała rodzina Sedgwick przeniosła się na ranczo Corral de Quanti, gdzie dzieci były praktycznie pozostawione same sobie, odizolowane od rodziców i od reszty świata. Atmosfera panująca w rodzinnym domu nie sprzyjała stabilizacji emocjonalnej. Brak więzi pomiędzy dziećmi i rodzicami miał się odbić na całym ich późniejszym życiu. Żeby było tego mało, w późniejszych latach Edie opowiadała, że już we wczesnym wieku ojciec nadużywał wobec niej seksualnych zachowań, podobnie zresztą jak starszy brat, który sugerował, że powinni uczyć się od siebie reguł, jakimi kierują się zakochani w sobie ludzie. W wieku 13 lat Edie musi walczyć już nie tylko z dominującym, tyranicznym ojcem, brakiem wsparcia ze strony matki, ale też z anoreksją i bulimią. Kiedy nauczyciele z Katharine Branson School odkryli zaburzenia łaknienia u dziewczyny, odesłali ją do domu. Pobyt w domu nie należał do udanych. Ojciec zwykł zamykać ją w pokoju, zmuszać do jedzenia (nie był w stanie zrozumieć jej stanu, tak jakby sam nie cierpiał na różnego typu rozstrojenia nerwowe), z kolei matka starała się za wszelką cenę zrekompensować jej trudny pobyt w domu, spełniając wszelkie jej zachcianki. Podczas pobytu w Corral de Quanti, Edie nakryła ojca na romansie. Niestety, ojciec wszystkiemu zaprzeczył, a z Edie zrobiono wariatkę. Dziewczyna nigdy o tym nie zapomniała. W 1958 roku Edie zmieniła szkołę. Została wysłana do St Timothy. Przebywała tam zaledwie rok, zanim ponownie nie dostrzeżono u niej zaburzeń natury psychicznej. Edie nie była w stanie z nikim się komunikować, była bardzo samotna i nieszczęśliwa, dlatego na własną prośbę poprosiła rodziców, aby skierowali ją w 1962 roku do kliniki leczącej choroby psychiczne. Niestety, w związku z tym, że Silver Hill przypominał bardziej klub, w którym rozmawiało się o uzależnieniach, oraz próbowano leczyć zaburzenia psychiczne, niż szpital, pobyt tam niewiele zmienił w życiu Edie. W konsekwencji skierowano ją w następstwie do szpitala w Nowym Jorku. Będąc już w szpitalu, Edie odkryła, że jest w ciąży (ojcem dziecka był student z Harvardu) i bardzo szybko podjęła decyzję o przeprowadzeniu aborcji, z racji swojej mentalnej niestabilności. Szpital w Nowym Jorku opuściła w 1963 roku, aby móc studiować na historię sztuki w Cambridge. W 1964 roku Edie doznaje podwójnej straty. Po pierwsze, samobójstwo popełnia jej brat Minty, w przeddzień 26 urodzin. Minty odebrał sobie życie po tym, jak wyznał ojcu, że jest homoseksualistą, w odpowiedzi na co ten wpadł w szał i próbował zmusić go do heteroseksualizmu. Edie nigdy nie pogodziła się z tą stratą, nie mogła też wybaczyć ojcu tego, w jaki sposób postąpił. W tym samym roku, jej drugi...

Z cyklu „za młodzi, by umrzeć”: Jean Harlow...

Artykułem o Jean Harlow rozpoczynamy cykl zatytułowany „Za młodzi, by umrzeć”. Opowiadać on będzie o gwiazdach, które odeszły zbyt młodo, w bardzo różnych okolicznościach, z przypadku, w wyniku choroby, w wyniku świadomie podjętego kroku, a po śmierci stały się ikonami milionów. Za życia krytykowane, oceniane, wytykane, albo wprost przeciwnie, apoteozowane do granic możliwości, po śmierci stały się w oczach odbiorców czyste jak łza, odpuszczono im wszystkie winy, grzechy i niedociągnięcia. W tej perspektywie odbiorca masowy staje się hipokrytą, myśli w sposób niedorzeczny, brak mu obiektywizmu. I choć trudno temu zaprzeczyć, fascynujące staje się obserwowanie i analizowanie tego zjawiska pod kątem fenomenu śmierci młodych gwiazd. O ile w tych artykułach przedmiotem naszych rozważań nie będzie analiza psychologii tłumu i zbiorowości, a także towarzyszących im histerii, o tyle postaramy się przybliżyć, choć w telegraficznym skrócie, kim były te gwiazdy, których śmierć tak bardzo wstrząsnęła światem. *** O Jean Harlow nie przeczytamy zbyt wiele w polskiej prasie. Na rynku wydawniczym jak dotąd nie pojawiła się żadna kompletna biografia gwiazdy, także artykułów w czasopismach poświęconych filmowi jest niewiele (w jednym z kluczowych polskich czasopisma filmowych w latach 1960-1987 pojawiły się na jej temat zaledwie cztery artykuły). Żeby było tego mało, nawet na łamach jednego z popularnych internetowych serwisów filmowych, informacje dotyczące aktorki są niepełne albo nieprawdziwe. Trudno stwierdzić, z czego wynika ta ignorancja, ponieważ Jean Harlow, mimo swego młodego wieku była nie tylko wielką gwiazdą, kreowaną zgodnie z systemem „star system” i osobistych upodobań kreacyjnych wszechmocnego L.B. Meyera, ale także dobrze zapowiadającą się aktorką, mającą niemały potencjał twórczy, często spychany na dalszy plan, kosztem promocji ciała i urody „platynowej blondynki”. Jean Harlow, a właściwie Harlean Carpentier urodziła się 11 października 1911 roku, jako córka Jean Harlow (późniejszy pseudonim odziedziczyła po matce) i Montclaira Carpentiera. Wydaje się, że matka Jean nie była specjalnie gotowa na macierzyństwo, bardziej od córki zajmowało ją wieczorne wychodzenie z domu, ojciec – dentysta, również nie był zbyt zainteresowany niańczeniem dziecka, zresztą, nie do tego był przecież przeznaczony. Na początku XX wieku model rodziny był jasno zarysowany. Dzieckiem zajmowała się kobieta, to ona jako piastunka domowego ogniska zobligowana wręcz była tworzyć dom, a za tym „tworzeniem” stało najprościej rzecz ujmując: gotowanie, pranie, zajmowanie się dzieckiem i sprzątanie. Kolejnym punktem zapalnym miał być też sam sposób wychowania małej Jean. Ojciec Jean optował za wprowadzeniem żelaznej dyscypliny i wychowywania dziewczynki na sposób spartański, zupełnie innego zdania był dziadek (ojciec matki Jean), który skłaniał się ku zapewnieniu dziewczynce jak najlepszych warunków do życia i nauki, co podyktowane miało być przekonaniem, że prędzej czy później zostanie ona wielką gwiazdą. W konsekwencji przeforsowano styl wychowania dziadka i Jean trafiała do kolejnych prestiżowych szkół. Około 1920 roku małżeństwo państwa Carpentier się skończyło. Matka Jean zostawiła męża, dziecko i udała się „nabrać oddechu” do Chicago, gdzie poznała swojego przyszłego, kolejnego męża – Marino Bello, włoskiego lovelasa, czyhającego na okazję, aby przyssać się do kobiety, która ma do zaoferowania finansowo więcej, niż on – co akurat trudne nie było. Oprócz bycia „złotoustym” i wyjątkowo aktywnym i sprawnym seksualnie, Marino był zwykłym dyletantem, niegarnącym się do pracy i stosującym argumentację w postaci zaciśniętej pięści. No, ale był doskonałym kochankiem, co najwyraźniej stanowiło dostateczną rekompensatę dla matki Jean za dotychczasowe niedoskonałości życia w Kansas City. Nie ulega wątpliwości, że podjęta przez matkę Jean decyzja, polegająca na związaniu się z takim człowiekiem jak Marino, któremu była podporządkowana całkowicie, i którego zachcianki pragnęła zaspokoić w pierwszej kolejności, zaważyła na późniejszym życiu a także i śmierci Jean Harlow. Tymczasem, w 1926 roku już nie mała, bo 15-letnia Jean została zapisana przez dziadka do elitarnej szkoły Ferry Hall. Taką młodą, piękną, o doskonałej brzoskwiniowej cerze ujrzała ją matką i zaniepokoiła się faktem, że z taką urodą jej dziewictwo i niewinność jest zagrożona. Co najmniej dziwnie brzmią takie rozważania w ustach kobiety, która sama nigdy nie stanowiła wzorca dla swojej córki, porzuciła ją na rzecz realizowania własnej wizji świata, a przy tym nigdy nie była w stanie zbudować odpowiedniej więzi i przyczynić się do pielęgnowania relacji między matką i córką. Obawy co do losów córki pani Bello okazały się być uzasadnione. W marcu 1927 roku otrzymała informację, że jej córka nagle zniknęła. Odnalazła się po dwóch dniach, wróciła z Chicago jako żona 25-letniego Charlesa McGrewa. Wybryk ten uniemożliwił jej nie tylko powrót do szkoły, ale i  do samego Kansas City. Szkoda tylko, że wówczas już nikogo nie zastanowiło dlaczego tak młoda dziewczyna sięga do tego typu środków, aby zwrócić na siebie uwagę i na ile musiało jej brakować ciepła, troski, zainteresowania, że gotowa była porzucić dotychczasowy tryb życia, na rzecz związania się z zupełnie nieznanym jej mężczyzną. Niekoniecznie przecież naiwność i infantylizm, tak charakterystyczne dla młodego wieku miały stać za podjętą decyzją. Po ostatnich wydarzeniach z życia młodej Jean powrót do Kansas nie był możliwy, dlatego cała trójka uznała (plany Marino i matki Jean nie uwzględniały obecności McGrewa...

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress