10 RZECZY, KTÓRYCH MOGLIŚCIE NIE WIEDZIEĆ O SOPHII LOREN...

1. Miłością jej życia był starszy o dwadzieścia dwa lata Carlo Ponti –  producent kina włoskiego, odpowiedzialny za realizację wielu wybitnych obrazów. Mimo, że o względy Sophii starała się cała masa mężczyzn, na czele z Marcello Mastroiannim i Cary Grantem, przez całe swoje życie była wierna mężowi, w który był dla niej nie tylko kochankiem, ale i najlepszym przyjacielem. 2. Jednym z najbliższych przyjaciół Sophii Loren był Marcello Mastroianni, i choć wielokrotnie pojawiały się plotki dotyczące ich domniemanego romansu, dla najbliższego otoczenia tych dwojga jasnym było, że to, co ich łączy to piękna, intensywna przyjaźń. Sama Sophia zresztą zwykła mówić: „W kinie Marcello Mastroianni tyle razy był moim mężczyzną, mężem, kochankiem. Nakręciłam z nim tak wiele historii, że mogę powiedzieć, iż dwadzieścia lat mojego życia spędziłam, pracując u jego boku. Pamiętam, że nasza przyjaźń z Marcellem była wyjątkowa. Był dla mnie niezastąpionym, cudownym przyjacielem na całe życie. Był wielkim człowiekiem, który odszedł zbyt szybko”. (S. Giacobini, Sophia Loren, Kraków 2013). 3. Przez wiele lat Sophia czuła się napiętnowana, ze względu na romans z Carlo Pontim i niemożność związania się z nim formalnie. W środowisku włoskich katolików rozwód był pojęciem nie do zaakceptowania, a że Ponti był związany węzłem małżeńskim, romans z młodszą o ponad dwie dekady początkującą aktorką, stał się przedmiotem licznych aktów agresji i ostracyzmu, wymierzonych przede wszystkim w Sophię. 4. Jednym z najbardziej odrażających momentów w początkującej karierze aktorskiej Sophii była scena kręcona z Anthony Quinn’em w „Attyli”. Quinn został uprzedzony, że Sophia jest partnerką Ponti’ego (producenta „Attyli”) i że powinien obchodzić się z nią delikatnie. Na doświadczonego aktora podziałało to jak przysłowiowa „płachta na byka” i przed sceną uwiedzenia włożył udziec jagnięcia do ust, a potem z ustami pełnymi mięsiwa pocałował nieszczęsną Sophię. Aktorka wykazała się pełnym profesjonalizmem i nie dała po sobie poznać, że czuje do aktora wstręt. Scenę tę wspominała po latach jako jedną z najbardziej odstręczających. 5. Sophia Loren słynęła z dość niezwykłych zdolność przewidywania pewnych zdarzeń i choć może brzmieć to kuriozalnie, każdorazowo kiedy ogarnął ją niepokój miało wydarzyć się coś trudnego i poruszającego. Jedno z takich przeczuć uratowało jej życie. W 1955 roku Sophia otrzymała zaproszenie na Wielki Bal, który miał się odbyć w Brukseli. W ostatniej chwili odwołała wizytę, zaś jej miejsce zajęła Miss Włoch Marcella Mariani. W drodze powrotnej samolot spadł – śmierć ponieśli wszyscy pasażerowie. 6. Sophia Loren mimo bycia niewątpliwą pięknością i znakomitą aktorką zawsze pozostawała sobą. Zwykła samodzielnie układać swoje włosy czy malować paznokcie. Nie wpadała w histerię, nie wszczynała awantur, daleko jej było do rozkapryszonej gwiazdy. 7.  Sohia Loren słynęła z tego, że była bardzo zazdrosna o swojego męża Carlo Ponti, zarówno w sferze prywatnej, jak i zawodowej. O ile była w stanie przymknąć oko na jego drobne zauroczenia i fascynacje, a nawet romanse, o których wspominają niektórzy biografowie, o tyle absolutnie nie tolerowała konkurentek na scenie i bardzo szybko się ich pozbywała. Dochodziło do tego, że jeśli nawet kręcono sceny z protegowaną Ponti, finalnie nie wchodziły one do filmu. 8. Kiedy Sophia Loren skończyła 40 lat prasa bardzo interesowała się tym, jak aktorka radzi sobie z upływem czasu oraz czy nadal ma szansę realizować się zawodowo. W jednym z wywiadów Sophia powiedziała: „Bardzo się cieszę, że mam czterdzieści lat. Nie chciałabym być w jakimkolwiek innym wieku. Nigdy nie czułam się lepiej i za nic nie chciałabym znowu być dwudziestolatką. Mając dwadzieścia lat, rozpaczliwie pragnęłam dzieci i nie mogłam ich urodzić.  Nie wiedziałam, kim jestem ani dokąd  zmierzam. Trzydzieste urodziny były dla mnie naprawdę trudne. Mając trzydzieści lat, nie można już czerpać korzyści z samego faktu, że jest się młodszą niż inni. Wtedy musiałam stanąć twarzą w twarz z faktem, że nie powinnam już trwonić czasu oraz uczuć i oczekiwać, że wszystkie życzenia zawsze się spełnią”. (W. G. Harris, Sophia Loren: żona, matk i kochanka, Warszawa 1999) 9. W latach 80-tych Sophia zaczęła się  dość regularnie pojawiaćw okularach. Soczewek nie mogła nosić, ponieważ była na nie uczulona, a bez okularów bardzo słabo widziała. Fakt ten postanowiła wykorzystać firma Zyloware, która zapropnowała Sophii z współpracę reklamową. Jej rezultatem była cała seria oprawek o wdzięcznej nazwie „Sophia Loren Eyewear Collection”. Kontrakt okazał się dość lukratywny a współpraca z Sophią owocna. 10. Kiedy 19 grudnia 1996 roku zmarł Marcello Mastroianni, a Sophia nie pojawiła się na jego pogrzebie spekulowano, że wynikać miało to z wieloletniej rywalizacji, jaka panowała pomiędzy Sophią a Catherine Deneuve. Powodem miała być niechęć do robienia wspólnych zdjęć z młodszą o dziewięć lat Deneuve. W rzeczywistości jednak Sophia pozostała blisko Flory Carabelli, żony Mastroianniego, i ich córki Barbary w ramach pewnej solidarności, w akcie zrozumienia i współczucia. Kiedy dzień później przewieziono szczątki Mastroianniego do Rzymu na oficjalne – państwowe pożegnanie aktora, Sophia zachowywała się w sposób bardzo przejmujący i wzruszający. Źródła: C. Costantini, Marcello Mastroianni, Videograf II 1999. S. Giacobini, Sophia Loren: życie jak film, Znak 2013. W.G. Harris, Sophia Loren: żona, matka, kochanka,...

IKONY STYLU: BRIGITTE BARDOT

Od wielu lat panuje przekonanie traktujące o tym, że francuskie kobiety zawsze wyglądają bezbłędnie, szykownie, elegancko, przy jednoczesnym zachowaniu swobodnej nonszalancji, z którą  najprawdopodobniej się po prostu rodzą. Być może brzmi to dość kuriozalnie, ale jak inaczej wytłumaczyć tę ich niemalże genetyczną predyspozycję do bycia ikonami mody? Kobietą, która przez wiele lat stale zachwycała, a w konsekwencji wpisała się w panteon gwiazd – ikon, których styl naśladowany jest do dnia dzisiejszego była francuska aktorka, znana przede wszystkim z roli „I Bóg stworzył kobietę” – Brigitte Bardot. O ile bowiem Ameryka miała swoją Marylin Monroe, o tyle Europa miała Brigitte Bardot. W niniejszym artykule chcielibyśmy przybliżyć Wam ten styl, zwrócić uwagę na jego stałe i charakterystyczne elementy a być może zainspirować kolejne pokolenie kobiet. Zatem, zacznijmy od początku! 1. Włosy Fryzura Brigitte Bardot do dzisiaj budzi niemałe emocje: kaskadowo układające się, mocno natapirowane włosy. Wiele kobiet pozostaje pod urokiem nie tylko ich długości, koloru złota, puszystości, i pozostawieniu ich w artystycznym nieładzie, ale też samej techniki ich pielęgnacji. Najprawdopodobniej Bardot używała częściej suchego szamponu, niż wody i stąd taki efekt. 2. Makijaż Makijaż Brigitte Bardot był znakiem epoki. Każda dziewczyna w latach 60-tych chciała mieć tak pomalowane oko, jak Brigitte Bardot. Mało tego, fascynacja tym makijażem znajduje swoje pokłosie także we współczesności. Oczy, podobnie jak usta (w przypadku Bardot wydatne i mięsiste) miały być podkreślone. Oczy: czarnym eyelinerem, mocno wytuszowane. Usta: ciemniejszą konturówką. 3. Strój Styl Brigitte Bardot charakteryzowało kilka stałych elementów, dzięki czemu można mówić o pewnej jego rozpoznawalności. Były to rybaczki kończące się pod kolanem, bluzki i sweterki odsłaniające ramiona, obowiązkowo z dużym dekoltem, koszulki w pasiasty deseń, nawiązujące do słynnych koszulek wymyślonych przez Coco Chanel, a przełamanych na nowo, ponownie zinterpretowanych i zaadoptowanych na potrzeby świeższego, bardziej wyzywającego stylu. Brigitte Bardot to także obowiązkowo drobna krateczka (biało-różowa, lub biało-niebieska) – deseń, który sobie wyjątkowo upodobała i nosiła z niewątpliwą kokieterią. Bardot to wreszcie bluzki związywane pod biustem, gorsety, no i bikini, które gwiazda odkryła ponownie, po niemalże dwóch dekadach pozostawiania w niełasce pozostałych kobiet. To, co charakterystyczne także dla aktorki to stosowanie połączeń typu spódniczka albo szorty w wersji mini plus wysokie (za kolano) kozaki. Do innych ulubionych butów aktorki należały niewątpliwie baletki, ale w przeciwieństwie do tych noszonych przez Audrey Hepburn nabierały one bardziej drapieżnego i być może wyzywającego charakteru. Przełamywanie przez aktorkę pewnych utartych schematów, kanonów wychodziło jej bardzo naturalnie. Bardot nie miała w zwyczaju przejmować się opinią na temat jej wyglądu i tego, co na siebie włożyła, albo czego nie włożyła. Zresztą Bardot słynęła z tego, że potrafiła wejść nawet boso do najdroższego lokalu w Paryżu bez cienia zażenowania. Styl Brigitte Bardot, pomimo upływu lat, nadal stawiany jest za wzór kobiecości i ponętności. Różny od stylu Audrey Hepburn, na pewno mniej wyrafinowany, mniej elegancki, ale przy tym bardzo spójny, inspirujący, w swoim wydaniu klasyczny. Składający się z makijażu, fryzury i ubioru stanowi nie tylko punkt wyjścia dla wielu pokazów mody, ale także codziennych stylizacji na ulicach miast. Lekkość, z jaką Bardot podkreślała swoje atuty, z jaką przyszło jej odsłonić nogi, wyeksponować kobiecość, uczyniła z niej ikonę, a jednocześnie otworzyła drogę dla wielu kobiet, kiedyś i teraz, którym przełamanie pewnych standardów mogłoby przyjść z dużo większą trudnością. Brigitte Bardot stała się ikoną lat 60-tych, ale ponadczasowość tej ikoniczności ma to do siebie, że i pięć dekad później stanowi wzór do naśladowania. Samanta Pleskaczyńska –...

Z cyklu „za młodzi, by umrzeć”: Jean Harlow...

Artykułem o Jean Harlow rozpoczynamy cykl zatytułowany „Za młodzi, by umrzeć”. Opowiadać on będzie o gwiazdach, które odeszły zbyt młodo, w bardzo różnych okolicznościach, z przypadku, w wyniku choroby, w wyniku świadomie podjętego kroku, a po śmierci stały się ikonami milionów. Za życia krytykowane, oceniane, wytykane, albo wprost przeciwnie, apoteozowane do granic możliwości, po śmierci stały się w oczach odbiorców czyste jak łza, odpuszczono im wszystkie winy, grzechy i niedociągnięcia. W tej perspektywie odbiorca masowy staje się hipokrytą, myśli w sposób niedorzeczny, brak mu obiektywizmu. I choć trudno temu zaprzeczyć, fascynujące staje się obserwowanie i analizowanie tego zjawiska pod kątem fenomenu śmierci młodych gwiazd. O ile w tych artykułach przedmiotem naszych rozważań nie będzie analiza psychologii tłumu i zbiorowości, a także towarzyszących im histerii, o tyle postaramy się przybliżyć, choć w telegraficznym skrócie, kim były te gwiazdy, których śmierć tak bardzo wstrząsnęła światem. *** O Jean Harlow nie przeczytamy zbyt wiele w polskiej prasie. Na rynku wydawniczym jak dotąd nie pojawiła się żadna kompletna biografia gwiazdy, także artykułów w czasopismach poświęconych filmowi jest niewiele (w jednym z kluczowych polskich czasopisma filmowych w latach 1960-1987 pojawiły się na jej temat zaledwie cztery artykuły). Żeby było tego mało, nawet na łamach jednego z popularnych internetowych serwisów filmowych, informacje dotyczące aktorki są niepełne albo nieprawdziwe. Trudno stwierdzić, z czego wynika ta ignorancja, ponieważ Jean Harlow, mimo swego młodego wieku była nie tylko wielką gwiazdą, kreowaną zgodnie z systemem „star system” i osobistych upodobań kreacyjnych wszechmocnego L.B. Meyera, ale także dobrze zapowiadającą się aktorką, mającą niemały potencjał twórczy, często spychany na dalszy plan, kosztem promocji ciała i urody „platynowej blondynki”. Jean Harlow, a właściwie Harlean Carpentier urodziła się 11 października 1911 roku, jako córka Jean Harlow (późniejszy pseudonim odziedziczyła po matce) i Montclaira Carpentiera. Wydaje się, że matka Jean nie była specjalnie gotowa na macierzyństwo, bardziej od córki zajmowało ją wieczorne wychodzenie z domu, ojciec – dentysta, również nie był zbyt zainteresowany niańczeniem dziecka, zresztą, nie do tego był przecież przeznaczony. Na początku XX wieku model rodziny był jasno zarysowany. Dzieckiem zajmowała się kobieta, to ona jako piastunka domowego ogniska zobligowana wręcz była tworzyć dom, a za tym „tworzeniem” stało najprościej rzecz ujmując: gotowanie, pranie, zajmowanie się dzieckiem i sprzątanie. Kolejnym punktem zapalnym miał być też sam sposób wychowania małej Jean. Ojciec Jean optował za wprowadzeniem żelaznej dyscypliny i wychowywania dziewczynki na sposób spartański, zupełnie innego zdania był dziadek (ojciec matki Jean), który skłaniał się ku zapewnieniu dziewczynce jak najlepszych warunków do życia i nauki, co podyktowane miało być przekonaniem, że prędzej czy później zostanie ona wielką gwiazdą. W konsekwencji przeforsowano styl wychowania dziadka i Jean trafiała do kolejnych prestiżowych szkół. Około 1920 roku małżeństwo państwa Carpentier się skończyło. Matka Jean zostawiła męża, dziecko i udała się „nabrać oddechu” do Chicago, gdzie poznała swojego przyszłego, kolejnego męża – Marino Bello, włoskiego lovelasa, czyhającego na okazję, aby przyssać się do kobiety, która ma do zaoferowania finansowo więcej, niż on – co akurat trudne nie było. Oprócz bycia „złotoustym” i wyjątkowo aktywnym i sprawnym seksualnie, Marino był zwykłym dyletantem, niegarnącym się do pracy i stosującym argumentację w postaci zaciśniętej pięści. No, ale był doskonałym kochankiem, co najwyraźniej stanowiło dostateczną rekompensatę dla matki Jean za dotychczasowe niedoskonałości życia w Kansas City. Nie ulega wątpliwości, że podjęta przez matkę Jean decyzja, polegająca na związaniu się z takim człowiekiem jak Marino, któremu była podporządkowana całkowicie, i którego zachcianki pragnęła zaspokoić w pierwszej kolejności, zaważyła na późniejszym życiu a także i śmierci Jean Harlow. Tymczasem, w 1926 roku już nie mała, bo 15-letnia Jean została zapisana przez dziadka do elitarnej szkoły Ferry Hall. Taką młodą, piękną, o doskonałej brzoskwiniowej cerze ujrzała ją matką i zaniepokoiła się faktem, że z taką urodą jej dziewictwo i niewinność jest zagrożona. Co najmniej dziwnie brzmią takie rozważania w ustach kobiety, która sama nigdy nie stanowiła wzorca dla swojej córki, porzuciła ją na rzecz realizowania własnej wizji świata, a przy tym nigdy nie była w stanie zbudować odpowiedniej więzi i przyczynić się do pielęgnowania relacji między matką i córką. Obawy co do losów córki pani Bello okazały się być uzasadnione. W marcu 1927 roku otrzymała informację, że jej córka nagle zniknęła. Odnalazła się po dwóch dniach, wróciła z Chicago jako żona 25-letniego Charlesa McGrewa. Wybryk ten uniemożliwił jej nie tylko powrót do szkoły, ale i  do samego Kansas City. Szkoda tylko, że wówczas już nikogo nie zastanowiło dlaczego tak młoda dziewczyna sięga do tego typu środków, aby zwrócić na siebie uwagę i na ile musiało jej brakować ciepła, troski, zainteresowania, że gotowa była porzucić dotychczasowy tryb życia, na rzecz związania się z zupełnie nieznanym jej mężczyzną. Niekoniecznie przecież naiwność i infantylizm, tak charakterystyczne dla młodego wieku miały stać za podjętą decyzją. Po ostatnich wydarzeniach z życia młodej Jean powrót do Kansas nie był możliwy, dlatego cała trójka uznała (plany Marino i matki Jean nie uwzględniały obecności McGrewa...

Ikony stylu: Audrey Hepburn

Audrey Hepburn nigdy nie była specjalną fanatyczką mody, kierowała nią jednak niezwykła intuicja i łatwość w doborze garderoby. Dzięki temu, do dnia dzisiejszego uchodzi za jedną z największych ikon, a jej styl jest naśladowany nieprzerwanie przez kilkadziesiąt lat, zarówno w kontekście detali, do których sięgała, dodatków, jak i swobody kształtowania całościowego wizerunku. Audrey była pełna wdzięku i klasy, ale stać za tym może nie byle jakie pochodzenie. Była w końcu córką holenderskiej baronowej Elli van Heemstra i brytyjskiego dyplomaty Josepha Hepburna. W roku 1970 magazyn „Kino” przytoczył cytat Billy’ego Wildera, który powiedział: „Ta dziewczyna jest nową epoką. Ona pobiła wszystkie wampy filmowe”. Przez wiele lat Hepburn była traktowana w kategorii fenomenu, bardziej jako zjawiska, niż analizowania talentu, możliwości, wypracowanych technik. Znacznie bardziej publiczność interesowała jej życie prywatne, niż role, w których grała. Zresztą Audrey była bardzo oszczędna w mówieniu o sobie. Nie udzielała zbyt wielu wywiadów, nie mówiła o swoich związkach, dużo pracowała, nie wdawała się w skandale, dlatego tym bardziej, jej pojawienie się publiczne budziło tak wiele emocji. W 1953 roku Audrey wystąpiła w „Rzymskich wakacjach”, gdzie partnerował jej Gregory Peck, zaś w 1954 roku zagrała rolę współczesnego kopciuszka w filmie „Sabrina”, i odtąd można mówić już o jej dużej popularności. Aby móc wyobrazić sobie skalę tej popularności, warto wziąć pod uwagę chociażby ogłaszane w tamtym czasie konkursy na dziewczynę najbardziej podobną do Audrey. Styl Audrey Hepburn budowany był i kształtowany od początków lat 50-tych. Na planie „Sabriny” aktorka nawiązała współpracę z Hubertem de Givenchy, wówczas młodym, początkującym francuskim projektantem, który stawiał na prosty, oszczędny, aby nie powiedzieć surowy, ale jednocześnie bardzo elegancki i wyrafinowany styl. Do najbardziej rozpoznawalnej kreacji z tamtego czasu należy suknia bez ramion z białej organdyny, która została wykończona kwiatami wyhaftowanymi z białych perełek, oraz sukienka koktajlowa z dekoltem w łódkę. W „Śniadaniu u Tiffany’ego” – bezsprzecznie najsłynniejszej roli Audrey, aktorka występuję głównie w dwóch kreacjach zaprojektowanych przez Givenchy: małą czarną, bez rękawów, z nieco szerszym dołem, wykończonym postrzępionymi frędzelkami, do której nosiła wielki kapelusz z szerokim rondem. Drugim strojem była dopasowana w talii sukienka wieczorowa, ze spektakularnym dekoltem na plecach, a do tego długie, czarne rękawiczki. Rola Audrey w „Śniadaniu u Tiffany’ego” bardzo mocno podziałała na zbiorową wyobraźnię odbiorców. Szczególnie przemówiła do nich fryzura – włosy zebrane gładko do tyłu (opracowana przez Grazzię de Rossi), oraz naszyjnik złożony z kilku sznurów pereł. Audrey, jak wiele aktorek przed nią, i także wiele po niej doskonale wpisała się w wówczas panujący modelowy „star system”, mimo że za jej wizerunkiem wcale nie stała wytwórnia, a jej własna intuicja. Sprostała panującym oczekiwaniom publiczności, dzięki czemu możliwe było jej przeobrażenie w stronę ikoniczności. Sam fakt przejścia do historii mody i stylu tak charakterystycznych dla Hepburn, jak chłopięca, krótka fryzura, grzywka, długie rękawiczki, okulary Ray Ban, świadczy o potężnym oddziaływaniu aktorki na odbiorców. Duże znaczenie ma przy tym również samo przetrwanie tego stylu i jego ewolucja. Nie ma znaczenia, że Audrey Hepburn nie była seksbombą, o czym świadczy jej sylwetka: długie nogi, ale o dużych stopach, niewielkich rozmiarów biust (żeby nie powiedzieć: niedostrzegalny), chude ramiona, kościstość, duży nos, szerokie usta. Mimo tego łączy w sobie delikatność, słodycz i urok osobisty. Oprócz tego zaraża entuzjazmem, ciekawością świata, zalotnością. Wpływu Audrey Hepburn na modę i styl nie można przecenić. Prosty, acz elegancki wygląd (przede wszystkim za sprawą wieloletniej współpracy z Givenchy), wyrafinowana klasyka, przemyślane dodatki – wszystko to po dziś dzień działa na wyobraźnię setek tysięcy kobiet, czyniąc z Hepburn niewymuszoną ikonę stylu. Za co zatem kochamy Audrey Hepburn? Za proste sukienki, które czasami mogą zdziałać więcej, niż tona biżuterii i futra razem wzięte. Za długie rękawiczki, które dodają klasy i wyrafinowania każdemu strojowi. Za duże, słomkowe (i nie tylko) kapelusze, chroniące przed słońcem i dodające uroku i filuterności. Za krótko przycięte włosy, które przy jednoczesnym podkreśleniu oka i ust mogą nadal wyglądać kobieco. Za noszenie męskich garniturów i muszek, które wespół z pomalowanymi ustami i sztucznymi rzęsami, oraz z urokiem osobistym mogą stworzyć obraz niezwykle zmysłowej kobiety. Za białe kołnierzyki, które wystając ze swetrów i bluz zawsze dodają kobiecie szyku. Za noszenie grzywki nie zawsze prosto, a często w sposób asymetryczny. Za noszenie baletek, zarówno do zestawów eleganckich jak i sportowych. Za sukienki typu „babydoll”! Samanta Pleskaczyńska –...

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress