O szczególnej relacji na ekranie


Sophia Loren, kadr z filmu Wczoraj, dziś, jutro , Wikimedia Commons (CC)

Sophia Loren, kadr z filmu „Wczoraj, dziś, jutro” , Wikimedia Commons (CC)

Kino ma tę niezwykłą zdolność, że jest w stanie pokazywać relacje między ludźmi, których na co dzień, w ferworze dnia codziennego nie jesteśmy w stanie dostrzec. Co więcej, jest w stanie przeanalizować te relacje, a także niekiedy znaleźć dla nich najlepsze rozwiązanie. W długiej historii kina znajdziemy całą masę przykładów – duetów filmowych, tworzących niezapomniane kreacje. Przykładem tego jest duet Sophii Loren i Marcello Mastroianniego. Duet tak niezwykły, tak pełen chemii, tak esencjonalny i zmysłowy, tak „włoski” w całej emocjonalności tego słowa, że aż trudny do opisania.

Na przestrzeni kilku dekad Loren i Mastroianni stworzyli wspólnie wiele niezapomnianych ról, ale przedmiotem tego artykułu będzie odniesienie do trzech (w jakże subiektywnej ocenie) najważniejszych z nich. Najważniejszych, bo albo wyjątkowo zabawnych, albo wyjątkowo poruszających. Pełnych w swoim wyrazie. Dramatycznych i zabawnych jednocześnie. Bo wspólnym synonimem wielu z nich jest właśnie ta dychotomia.

W 1963 roku Sophia Loren wraz z Marcello Mastroiannim nakręcili wspólnie lekką komedię – „Wczoraj, dziś, jutro”, wyreżyserowaną przez Vittorio de Sica, nagrodzoną Oscarem w 1965 roku w kategorii najlepszy film nieanglojęzyczny. Złożony z trzech epizodów obraz opowiada o trzech różnych kobietach (w tej roli każdorazowo Sophia Loren), o różnym statusie społecznym i majątkowym, mających różne relacje z mężczyznami (i tutaj każdorazowo Marcello Mastroianni). Pierwszy epizod to historia Adeliny Sbaratti: młodej kobiety, nielegalnie sprzedającej papierosy z importu. Adelina jest pełna życia, energii, stara się jak może sprostać ciężkim czasom okresu powojennego. Niestety, jej praca nie za bardzo odpowiada ówczesnym władzom, która nakłada na kobietę wysoką grzywnę, a kiedy ta nie jest w stanie jej zapłacić, coraz bliższa staje się wizja odbycia kary więziennej. W tej sytuacji należałoby wymyślić jakiś fortel, który nie doprowadziłby do najgorszego. I taki fortel się znajduje: Adelina tak długo, jak będzie zachodziła w ciąże, a później opiekowała się przez pierwsze sześć miesięcy swoim dzieckiem, tak długo będzie chroniona przez prawo. I Adelina z tego prawa korzysta, w czym pomaga jej skrupulatnie jej mąż (Mastroianni). Ale z czasem i jego energia się wyczerpuje, co w konsekwencji prowadzi Adeline do więzienia, a winą za to obarcza kobieta oczywiście swojego męża, niezdolnego do tak prozaicznej czynności, jak spłodzenie kolejnego dziecka.

Ale co ciekawe: za Adeliną stoi całe miasteczko, nie tylko mąż, ale sąsiedzi, zresztą obu płci, ludzie mniej i bardziej wykształceni, prawnicy, policjanci i prostytutki. Wszyscy oni zbierają pieniądze na kaucje, bo ta kobieta to istna włoska Madonna – wychowująca tak wiele dzieci, przy tym tak zjawiskowo piękna, tak pełna życia, bellisima. A jak układają się relacje małżonków? Kochają się i kłócą, on opada z sił, próbując spłodzić kolejne dziecko, nie może spać, ona z kolei prowadzi go do lekarza, sądząc, że takie zachowanie nie przystoi prawdziwemu mężczyźnie, a kiedy Adelina znajdzie się w więzieniu za pośrednictwem kolegi wyśpiewuje pod więziennym oknem miłosne arie. Relacja tych dwojga to po prostu życie: próba konfrontowania się z rzeczywistością, z trudnościami dnia codziennego, z ubóstwem, ale i pełna uniesień, namiętności, miłości. Rodzenie dzieci nie jest jedynie sposobem na uniknięcie więzienia, to także przyjemność z bycia blisko, z chęci tworzenia rodziny, całości, jedności.

W drugim epizodzie Sophia Loren występuje w roli Anny Molteni, kobiety bogatej, cynicznej,  pozbawionej skrupułów, skoncentrowanej wyłącznie na sobie materialistce. Marcello gra kochanka Anny, ale choć zapewnia go o swojej miłości, ta relacja jest oparta wyłącznie na fizyczności, nie ma w niej nic duchowego. Zresztą „miłość” Anny zostaje wystawiona na próbę, (kiedy kobieta pozwala poprowadzić kochankowi swój luksusowy samochód i mają stłuczkę, liczy się przede wszystkim samochód, luksusowy przedmiot, nie człowiek) której to niestety nie jest w stanie przejść zwycięsko.

Trzecia odsłona Sophii to rola Mary –  utrzymanki bogatych mężczyzn, wśród których jest też Marcello, przyjeżdżający do kobiety z Mediolanu. Kobieta swoją pracę traktuje jak każde inne zajęcie na świecie, jest przy tym bardzo uczuciowa, zależy jej na ludziach, a kiedy zakochuje się w niej młody kandydat na księdza, co jest źródłem rozpaczy jego babci, próbuje wszystkiego, aby nawrócić go na właściwą rolę. Mara łatwo się wzrusza, równie łatwo popada w furię, jest namiętna i czuła. Relacja pomiędzy grającymi swoje role Sophią i Marcello jest zachwycająca. Ot, typowej Włoszki i szalejącego na jej punkcie mężczyzny. Grających Sophię i Marcello ogląda się z ogromną przyjemnością i satysfakcją. Ich emocjonalność wprost wylewa się z ekranu, moc sympatii tych dwojga do siebie widać w każdej scenie, widoczna jest też fascynacja Sophią u Marcello. O tym, że Marcello przez całe swoje życie „uganiał się” za Sophią mówi niejeden biograf aktorki, w wielu filmach widoczna jest zresztą wyraźna chemia między nimi. Tak też jest w „Wczoraj, dziś, jutro”. Mimo scysji i utarczek słownych, relacja tych dwojga kończy się happy endem, a zanim to nastąpi jesteśmy świadkami jednej z najbardziej zmysłowych w historii kina scen stripteas’u w wykonaniu przepięknej Włoszki.

Sophia Loren, Marcello Mastroianni, kadr z filmu "Małżeństwo po włosku", Creative Commons, CC -

Sophia Loren, Marcello Mastroianni, kadr z filmu „Małżeństwo po włosku”, Creative Commons (CC)

W „Małżeństwie po włosku” Filumena Marturano, grana przez Sophię Loren jest równie zmysłowa, choć bardziej wulgarna, przynajmniej na początku. Zmienia się to, gdy poznaje Domenico Soriano (w tej roli Marcello), miłość jej życia. Domenico pochodzi z zupełnie innego świata, niż Filumena. On – majętny, ustawiony, dobrze ubrany. Ona – prostytutka, niepewna swego, tak naprawdę łaknąca uczucia, nieszczęśliwa. Kiedy dochodzi do konfrontacji tych dwojga, ich oczekiwania względem siebie są zupełnie różne. O ile Filumenę cechuje lojalność, oddanie (niezależnie od wykonywanej profesji), gotowa jest na zmiany, na wyrzeczenia, o tyle Domenico kieruje się nieco inną definicją lojalności i wierności. Mężczyzna nie jest w stanie zrezygnować ze swoich przyzwyczajeń. Nie jest skłonny „wypuścić z rąk” Filumeny, ale też nie rezygnuje z nic nie znaczących romansów, ani też z planowanego ożenku z panną z dobrego domu, pochodzącą z tak innych sfer, niż Filumena. W całym tym skrajnym egoizmie Domenico zapomina o kobiecie, która przez wiele lat była dla niego wsparciem, ostoją, która opiekowała się jego chorą matką, nim samym, wykonując wszystkie te prace, jakie tradycyjnie, w społeczeństwie patriarchalnym przypisane są opiekunce domowego ogniska – żonie. Z punktu widzenia Domenico jednak, Filumena nie jest godna, aby być właśnie jego żoną. Kobieta zdaje sobie z tego sprawę, dlatego ucieka się do intrygi, aby ów stan rzeczy zmienić. I tu zaczyna się cała komedia, a w zasadzie tragikomedia z relacją tych dwojga w tle.

„Małżeństwo po włosku” to przede wszystkim obraz opowiadający o miłości i przywiązaniu, ale też o dużych oczekiwaniach, względem siebie i innych ludzi. To także opowiadający o samotności, a także o osamotnieniu, o byciu odepchniętym, poniżonym, niedocenianym. Filumena czuje się odepchnięta przez Domenico, czuje się gorsza, a jednocześnie tłumi w sobie złość kobiety, która przez całe życie opiekowała się ukochanym mężczyzną, a po wielu latach staje się kimś w rodzaju ciężaru dla niego. Intryga, do której ucieka się kobieta nie jest niczym innym jak wołaniem o zwrócenie na siebie uwagi, krzykiem ku konstatacji, że nie można być tak egoistycznym, zapatrzonym w siebie, martwym w środku, że należy potrafić zwracać się w kierunku drugiego człowieka, troszczyć się o innych, nie tylko o siebie.

Sophia Loren, kadr z filmu "Szczególny dzień", Wikimedia Commons (CC)

Sophia Loren, kadr z filmu „Szczególny dzień”, Wikimedia Commons (CC)

To właśnie o umiejętności troszczenia się o innych opowiada najbardziej kameralne dzieło tych dwojga: „Szczególny dzień”. Bohaterami obrazu są: ciężko pracująca, odpowiadająca za harmonię całego domu żona faszystowskiego funkcjonariusza (w tej roli Sophia Loren) – Antonietta, przypadkowy sąsiad z naprzeciwka, należący do „marginesu”, do „ludzi skreślonych” (Marcello Mastroianni) – Gabriele, oraz głośnik radiowy dumnie odnoszący się do tego, co prezentuje sobą otaczająca wszystkich rzeczywistość.

Zarówno Antonietta, jak i Gabriele są ludźmi bardzo samotnymi, ale i skrajnie różnymi. Ona ma rodzinę, męża, kilkoro dzieci, skupiona jest przy tym na czynnościach typowych dla prowadzenia domu, zresztą na nic innego nie starcza jej ponad to czasu. On zaś jest zupełnie sam, jego problemy są zupełnie inne od problemów sąsiadki, ze względu na preferowane skłonności, które nijak się mają do wyidealizowanej rzeczywistości faszystowskiego świata, zmuszony jest walczyć nie tylko z całym światem, ale i z samym sobą. O dziwo jednak, te dwa z pozoru obce sobie byty stanęły sobie na drodze, po to, aby zmienić swoje życie na zawsze, zapamiętać ten „szczególny dzień”, zawiązać niezwykłą relację, zbudować coś, czego nigdy nie udało się zbudować Antonietcie i jej mężowi. Wbrew pozorom Antoniette i Gabriela łączy bardzo wiele, a co najważniejsze, łączy ich subtelność i empatia, której pozbawieni są wszyscy inni naokoło. Antonietta jest złakniona uczucia, zainteresowania i choć pech chce, że trafia na mężczyznę, dla którego płeć piękna mogłaby nie istnieć, Gabriele potrafi ją obdarzyć taką dozą uczuć, której nie otrzymała przez całe swoje dotychczasowe życie od swojego męża.

Marcello Mastroianni, kadr z filmu "Szczególny dzień", Wikimedia Commons (CC)

Marcello Mastroianni, kadr z filmu „Szczególny dzień”, Wikimedia Commons (CC)

Tragizm relacji między tymi dwojga polega jednak na tym, że w konsekwencji, zarówno Antonietta jak i Gabriele zmuszeni będą powrócić do swojego dawnego życia, do swoich obowiązków, stawić im czoła, a łączące ich uczucie zepchnąć na dalszy plan. Nie jest to wesoła perspektywa, ale jedyna konieczna. Ważne jest jednak to, że ten jeden dzień, niezależnie od wszystkiego, był w stanie całkowicie zmienić życie tych dwojga i na nowo pozwolić uwierzyć w drugiego człowieka, w jego bezinteresowność, dobre intencje. Spotkanie z Gabrielem zdaje się mieć szczególne znaczenie przede wszystkim dla Antonietty. Kobieta, która dotąd bezrefleksyjnie aprobowała istniejącą rzeczywistość, przyjmując świat i obecne w nim prawa w sposób bezdyskusyjny, staje się szczególnie uwrażliwiona na wszystko to, co o świecie opowiada jej Gabriele, i jest to niezwykle wzruszające. Spotkanie z Gabrielem po raz pierwszy uświadomi też kobiecie czym tak naprawdę jest propaganda i na jakich zasadach opiera się otaczająca ją rzeczywistość. To właśnie uzmysławia im, ale też nam, odbiorcom, że to nie ich relacja – ludzi z przeciwległych biegunów ma w sobie coś sztucznego, nieprawdziwego, a wszystko to, co jest poza nimi, na zewnątrz, wokół nich. To, co najważniejsze w „Szczególnym dniu” to przebudzenie Antonietty z marazmu, w którym tkwiła, i nabranie oddechu, a przy tym pewności, że każdy następny dzień będzie już inny, od tych, które następowały po sobie przed spotkaniem z Gabrielem.

Rola Gabriela w całym dramacie jest trudna do przecenienia. Mastroianni udźwignął ją w sposób mistrzowski. Jest jednocześnie poruszający, wrażliwy, subtelny, ale i stanowczy, gotowy stawić czoło przeciwnościom, nawet jeśli ma moment załamania. Relacja tych dwojga na ekranie z kolei jest magiczna, ujmująca, czuła i bardzo wzruszająca – na próżno dzisiaj szukać takiej we współczesnym kinie, dlatego tym bardziej warto sięgnąć do tego obrazu.

Samanta Pleskaczyńska – Chcemywiedziec.pl