Tagi

Powiązane wpisy

Podziel się

O kobiecie demonicznej: Femme fatale w kinie lat 40-tych


Theda Bara, http://www.flickr.com/photos/tom-margie (CC-BY-SA)

Theda Bara
flickr.com/photos/tom-margie (CC-BY-SA)

Skłonne do egzaltacji megalomanki, stawiające siebie wyżej, niż innych, przekonane o swojej nadrzędności, hipokrytki, intrygantki, a nade wszystko przedmiot pożądania.  Do roli femme fatale trzeba było się urodzić. Co ciekawe, to właśnie figura femme fatale od zawsze spotykała się z większym zainteresowaniem płci męskiej, mimo często zdawania sobie sprawy z konsekwencji, jakie to zainteresowanie może przynieść skutki.

Femme fatale to termin mający swoje odniesienie w słowotwórstwie francuskim, oznaczający kobietę złą, demoniczną, niebezpieczną, która może przynieść mężczyźnie zgubę albo śmierć. Figura femme fatale jest zawsze związana z upadkiem mężczyzny – najczęściej upadkiem o charakterze moralnym, a w skrajnym przypadku, upadkiem prowadzącym do śmierci.

Femme fatale nie przebiera w środkach, ale do tego wydaje się być predestynowana: często zmienia zdanie, jeśli wymaga tego od niej sytuacja.

Pierwszą femme fatale, świadomie wykreowaną przez studio filmowe, będącą pierwszą aktorką, która odnosząc sukces, ukształtowała hollywoodzki „star system” była Theda Bara. Dla Theodosii Burr Goodman (bo tak naprawdę nazywała się Theda Bara) została stworzona alternatywna biografia. Punktem wyjścia była zmiana nazwiska (Theda Bara to angaram słów „Death Arab”), a dalej konieczność wykreowania nowej osobowości, takiej, która będzie jednocześnie fascynować, ale i wzbudzać niepokój. Theda miała przyjść na świat w Egipcie, popijać wino w kielichach z ludzkich czaszek, jadać małpie mózgi i być wcieleniem zła i namiętności. Wizerunek Thedy był strzałem w dziesiątkę, głównie ze względu na umiejętność łączenia seksualności i tkwiącego w niej pierwiastku zła, tym bardziej w dobie, kiedy powszechnie propagowane były wzorce wiktoriańskiej moralności. Pamiętać bowiem należy, że okres świetności Thedy przypada na czas przed rewolucją obyczajową doby lat 20 – tych – epoki jazzu, prohibicji, i flappersów.

Zaakceptowanie przez publikę wizerunku pierwszej kobiety upadłej, utorowało dalszą drogę do późniejszej jego emanacji i eksploatacji, co szczególnie znalazło swoje odniesienie w kinie lat 40.tych XX wieku.

Femme fatale epoki kina noir, charakteryzuje złożona osobowość i nie tak łatwa, jak miało to miejsce wcześniej zdolność jednoznacznej oceny ich postępowania. Co ciekawe, w zdecydowanej większości przypadków, to właśnie kreacje „złych kobiet” bardziej zapadają w pamięć widzowi, niż sama fabuła filmowej rzeczywistości. Nie ma w tym nic dziwnego: Rita Hayworth, Jane Greer, czy Gene Tierney potrafiły zapierać dech w piersiach.

Za początek gatunku noir powszechnie uznaje się „Sokoła maltańskiego, w reżyserii Johna Hustona z 1941 roku, z Humphreyem Bogartem i Mary Astror w roli femme fatale. Filmowa Brigid  O’Shaughnessy to modelowa esencja femme fatale: drapieżna, seksualnie pobudzona, uwodząca i nie mająca żadnych skrupułów. Jej seksualność jest jest główną bronią w procesie manipulacji mężczyznami. Co ciekawe, nie tylko ona sama zdaje sobie z tego sprawę, ale i zdają sobie z tego sprawę jej potencjalne „ofiary”. Mary Astor jest w „Sokole maltańskim” jednocześnie brutalna, gwałtowna, ale i dominująca, co budzi pożądanie i zainteresowanie płci przeciwnej.

Nie trzeba było długo czekać, aby klasyczne kino hollywoodzkie wypuściło kolejny modelowy film, w którym femme fatale ma do odegrania bardzo istotną rolę. W 1944 r. Billy Wilder (swoją drogą jeden z najwybitniejszych reżyserów i scenarzystów, najczęściej nagradzanych, „ten” od „Bulwaru zachodzącego słońca” z 1950 roku, od „Słomianego wdowca” z 1955 roku, czy „Garsoniery” z 1960 roku) wypuścił „Podwójne ubezpieczenie”, adaptację powieści Jamesa M. Caina. Główna bohaterka – Phylllis Dietrichson (w tej roli Barbara Stanwyck) to wiecznie niezadowolona, kapryśna, mająca lekceważący stosunek do pracy, a także do roli, jaką ma spełniać w domowym zaciszu kobieta. To także sprytna, drapieżna manipulantka, która wykorzystując swój seksapil, nakłania Waltera, agenta ubezpieczeniowego (w tej roli Fred MacMurray) do zbrodni – zabójstwa męża Phyllis. Do zbrodni dochodzi, plan idealny zostaje zrealizowany, młodym kochankom nic już nie powinno stanąć na drodze – pozbyli się konkurenta, dostaną pieniądze z ubezpieczenia, problem w tym, że femme fatale nie tak łatwo zadowolić, tym bardziej, kiedy pojawia się cień wątpliwości, a cały zbrodniczy plan może ujrzeć światło dzienne. Kiedy Walter odgrywa, że Phyllis znalazła sobie młodszego kochanka, a pętla jej intryg się zaciska, postanawia pozbawić ją życia, zanim to ona pozbędzie się jego. Jedna z finalnych scen, kiedy Stanwyck siedzi w półmroku, a pod fotelem trzyma broń – pełna napięcia, niepokoju, tłumionych pretensji i niechęci, wystudiowanych ruchów – należy do najbardziej kultowych dla kina noir, nawet po 70 latach.

Gene Tierney, Wikimedia Commons

Gene Tierney,
Wikimedia Commons

Laura Hunt (w tej roli Gene Tierney) – bohaterka „Laury” Otto Premingera i Roubena Mamouliana, filmu z 1944 roku, wydawałoby się łamie dotychczasowy schemat. Mamy bowiem do czynienia ze słodką, niewinną i kruchą istotą, która przede wszystkim stara się osiągnąć zawodowe wyżyny, a przy okazji ułożyć sobie życie. Dociera do potentata Waldo Lydeckera (Clifton Webb), który odtąd staje się jej mentorem, najlepszym i bezgranicznie jej oddanym przyjacielem, wiąże się z przystojnym Shelbym Carpenterem (Vincent Price), aby po swojej, nagłej śmierci zafascynować sobą detektywa Marka McPhersona (Dana Andrews). Życie kruchej Laury wydaje się pełne zagadek i niedomówień, a suspens nieoczekiwany. Sęk w tym, że Laura finalnie okazuje się być femme fatale, nie dlatego, że doprowadza do zguby wmanewrowanych przez nią mężczyzn, ale dlatego, że przez swoją seksualność sama sprowadza na siebie zgubę. To dość nietypowy obraz i dość nietypowa femme fatale. Nie wydaje się być przesiąknięta do szpiku kości złem, nie przystaje też do wizerunku typowej manipulantki, a jednak doprowadza do zguby, i to w sposób nieoczekiwany.

Z klasycznym przedstawieniem femme fatale mamy do czynienia w kultowym już obecnie, nagrodzonym Oscarem obrazie z 1945 roku, w reżyserii Michaela Curtiza, „Mildred Pierce”, z tytułową rolą Joan Crawford. Obrazie, który trafił do „Biblioteki Kongresowej”, bo uznawany jest jako jeden z ważniejszych filmów w dorobku kultury amerykańskiej. U Curtiza „tą złą” i wyrachowaną jest córka Mildred – Veda Pierce (w tej roli Ann Blyth). Veda tylko wymaga, wyłącznie oczekuje, nie dając w zamian nic od siebie. Jej wyrachowanie, wymagania stawiane matce, intrygi, jakich jest autorką, manipulacje, jakim poddaje najbliższe otoczenie (protekcjonalne traktowanie matki, kłamstwa na temat ciąży, wdanie się w na wpół kazirodczy związek itd.), muszą doprowadzić do upadku. I doprowadzają,

Ann Blyth, Wikimedia Commons

Ann Blyth,
Wikimedia Commons

w dodatku niejedną osobę. Veda Pierce jest przykładem pozbawionej sumienia, dobre woli i uczciwości femme fatale, z którą spotkanie musi prowadzić do zguby. W żadnym wcześniejszym obrazie, femme fatale nie jest tak irytująca, tak nieprzewidywalna i tak skłonna do bycia malkontentką, jak Veda Pierce. Dzieło Curtiza jest pełne niespodzianek, wyrafinowanych zwrotów akcji, pod wieloma względami jest bardzo precyzyjne, co czyni z niego bliskie ideałowi. Figura femme fatale jest tutaj przedstawiona w sposób skrajny, wyrazisty, namacalny. Stanowi tym samym odpowiednie odniesienie do przedmiotowego dyskursu.

„Wielki sen” z 1946 roku, w reżyserii Howarda Hawksa, jest jednym z najbardziej kultowych, najlepiej zrealizowanych, najbardziej błyskotliwych filmów z gatunku noir, jakie można mieć przyjemność oglądać. Doskonała, pełna inteligentnego humoru kreacja Humphreya Bogarta w roli prywatnego detektywa Philipa Marlowe, kobieca Lauren Bacall (w prawdziwym  życiu – żona Bogarta) jako Vivian Sternwood i jej młodsza niepokorna siostra Carmen Sternwood (tutaj Martha Vickers) to uczta dla oczu. Carmen jest wybuchowa, impulsywna, nieprzewidywalna i beztroska. Vivian jest jej przeciwieństwem: opanowana, ma silnie wykształcony instynkt opiekuńczy, stara się ochraniać siostrę i przeciwdziałać niekomfortowym sytuacjom. Obie, choć różne od siebie, to femme fatale. Potrafią manipulować faktami, mają wpływ na otoczenie, potrafią zwodzić i wpędzać w jeszcze większe tarapaty. Relacja pomiędzy Marlowe a Vivian jest pełna seksualnego napięcia, subtelnych sygnałów, opiekuńczych gestów. Mimo, że sposób zachowania obu sióstr mieści się w schemacie postępowania kobiety fatalnej, wydaje się, że to Carmen jest najbliższa zguby: swojej i innych, zaś Vivian, staje się femme fatale, w związku z koniecznością sprawowania opieki nad  młodszą siostrą. To dość zawiły układ, którego to rozwiązaniem ma się zająć Marlow i co, wydaje się, czyni z niemałą satysfakcją.

Rita Hayworth, Wikimedia Commons

Rita Hayworth,
Wikimedia Commons

Nie byłoby „Gildy” bez Rity Hayworth i nie byłoby Rity Hayworth bez „Gildy”. Kreacja z 1946 roku, która przeszła do historii klasycznego kina jako jedna z najbardziej porywających, sensualnych, namiętnych i pełnych pasji, do dziś wzbudza niemałe emocje. Femme fatale w wykonaniu Rity to historia kobiety uwikłanej. Uwikłanej w nieodpowiednie związki, w świat pozorów, w chęć zemsty. Gilda jest namiętna, żywiołowa, nieprzewidywalna, ale w obliczu upragnionej miłości traci rezon, poczucie stabilności i staje się zagubiona. Jako femme fatale potrafi być nieobliczalna, podejmować ryzyko, sprowadza na mężczyzn klęskę, a i na siebie widmo śmierci. W konsekwencji Gilda osiąga upragniony cel, co jest okupione upadkiem jej byłego kochanka. Śledząc historie femme fatale w kinie lat 40. tych pominięcie Gildy to jak zignorowanie erotyzmu, jaki tkwi w scenie ściągania długiej, czarnej, atłasowej rękawiczki.

Jane Greer, Wikimedia Commons

Jane Greer,
Wikimedia Commons

Spośród do tej pory omawianych femme fatale, tą, którą moglibyśmy nazwać najbardziej wyrachowaną hipokrytką, dbającą wyłącznie o własne interesy jest obok Phylllis Dietrichson, Kathie Moffat (Jane Greer). Kathie to główna oś filmu noir z 1947 roku w reżyserii Jacquesa Tourneura „Człowiek z przeszłością”. Kathie jest piękna, bezwzględna i zupełnie pozbawiona wyższych uczuć. Nie ma honoru, postępuje tak, jak jej wygodnie, potrafi porzucić jednego kochanka na rzecz drugiego, a gdy sytuacja stanie się niebezpieczna, powróci do wcześniej opuszczonego gniazda. Jako klasyczna femme fatale, w konsekwencji sama traci grunt pod nogami i spotyka ją klęska, ale widzowi jakoś jej nie żal: jest podła, dwulicowa, okrutna, więc kiedy los zamierza się z nią rozliczyć, odbiorców to nawet satysfakcjonuje. Nawet jej uroda nie jest w stanie jej pomóc i kiedy los odwdzięcza jej się pięknym za nadobne, mamy poczucie triumfującej sprawiedliwości.

Nie inaczej jest w przypadku Elsy, bohaterki „Damy z Szanghaju”, filmu z 1947 roku, w reżyserii Orsona Wellesa.  Elsa to kolejna po Gildzie rola femme fatale w wykonaniu Rity Hayworth. Elsa zwodzi, stara się wypaść jak najlepiej w roli pokrzywdzonej, nieszczęśliwej żony, swojego dużo starszego, kalekiego męża, bogatego prawnika. Początkowo wzbudza litość i współczucie, obserwując jak daje się upokarzać, jak znosi poniżenie, czujemy się niezręcznie. Z czasem okazuje się, że Elsa to klasyczna femme fatale, gotowa sięgnąć po dowolne środki, aby zmanipulować sytuację na swoją korzyść. Finalna scena, z udziałem Elsy, z udziałem luster i odbijających się w niej Elsy, wmanewrowanego w zabójstwo kochanka i jej męża to już absolutna klasyka, a przy okazji motyw wykorzystywany we współczesnym kinie nieskończoną ilość razy.

Figura femme fatale do jakiej przyzwyczajono widza filmowego to dość niezwykła kombinacja kobiety demonicznej i ofiary. Kobiety demonicznej, bo mającej dużo wspólnego z  typem uwodzicielki, kobiety niebezpiecznej, prowokatorki. Ofiary, ponieważ niemalże w każdym przypadku femme fatale budzi litość, wzbudza współczucie, stawia się w pozycji osoby pokrzywdzonej, zagubionej, zaplątanej w toksyczne relacje, słabej, kruchej, wymagającej natychmiastowej pomocy. Biorąc pod uwagę powyższe, nie powinno nikogo dziwić, dlaczego femme fatale ciągle wzbudza emocje, fascynuje, pobudza wyobraźnię. To w końcu kobieta idealna: bezbronna i drapieżna jednocześnie.

Samanta Pleskaczyńska – Chcemywiedziec.pl