5 POWODÓW, DLA KTÓRYCH NIE WARTO JECHAĆ DO ZAKOPANEGO W SEZONIE...

NOCLEGI: Każdego roku Zakopane i okolice oferują kilkaset obiektów, które kuszą ciepłą, miłą atmosferą, w dodatku z typowo podhalańskim zacięciem. Ceny za pokój oscylują już w granicach 35-45 złotych od osoby, a gazdowie obiecują, że swoim gościom zapewnią wikt i opierunek. Problem pojawia się wtedy, kiedy po żmudnej, wielogodzinnej drodze do upragnionego celu, pokój w którym mamy zamieszkać okazuje się lodowaty, a pościel wygląda tak, jakby nie pamiętała kontaktu z pralką. Cóż, w takich warunkach pojęcie relaksu i wypoczynku staje pod dużym znakiem zapytania, a próba wynegocjonowania przysługującego jak „psu zupa” ciepła u gospodarzy, kończy się konstatacją, że gość „musi wytrzymać” i z pomocą „powinny przyjść koce”. Koniec dyskusji. JEDZENIE: Jak powszechnie wiadomo, dobre jedzenie jest nieodzowną, ale też bardzo przyjemną częścią każdej podróży, niezależnie od tego, czy jedziemy daleko, w świat, czy spędzamy czas w Polsce. W Zakopanem za dwuosobowy posiłek główny trzeba zapłacić około 100 złotych (standard europejski!), należy mieć przy tym na uwadze, że za każdy dodatek należy płacić oddzielnie. Jeśli prosimy o kawał karczku „Kasprowego” z grilla, nie liczmy, że podadzą nam w zestawie opiekane ziemniaki, kaszę czy ryż. Jeśli nie zamówimy inaczej, dostaniemy porcję mięsa z kleksem żurawiny ze słoika i nic więcej. Kuchnia podhalańska jest ciężka, tłusta, jednowymiarowa, króluje wieprzowina i baranina. Bardzo popularne są też pstrągi, ale nie dajcie się zwieść, że np. pstrąg w sosie miodowo-musztardowym odpowie waszym oczekiwaniom. Sos miodowo-musztardowym to nic innego jak żywa musztarda stołowa wyłożona na rybę. A szkoda, bo sam pstrąg obroni się świetnie, to akurat najjaśniejszy punkt w karcie dań zakopiańskich. Od kelnerów nie oczekujmy, że zagości na ich twarzy uśmiech. Są zwyczajnie niemili w kontaktach z klientami, nikt z nich nie ma czasu na sentymenty. Liczy się szybkie załatwienie sprawy, przyjęcie zamówienia, wydanie posiłku i następny, następny, następny… Przy okazji, pomyłki w zamówieniu lub niekompletność zamówienia zdarzają się dość często, na co jednakże należy przymknąć oko, w przeciwnym razie narazimy się na zakopiańską anatemę. Lepiej nie ryzykować. LUDZIE: Po Zakopanem ludzie chodzą jak zombie. Dotyczy to zarówno turystów, jak i tubylców. I u jednych i drugich rzadko gości uśmiech – chyba za karę znaleźli się w górskiej stolicy Polski? Z każdej strony pragnący spokoju i odpoczynku turysta atakowany jest przez sprzedawców helu (to chyba po to, żeby faktycznie ktoś się wreszcie uśmiechnął), rozdających ulotki, organizujących śnieżne kuligi (niezależnie od tego, czy jest śnieg, czy go nie ma), wreszcie naganiaczy do knajp i restauracji. Po pewnym czasie nawet najspokojniej usposobione dusze zaczynają przejawiać skłonności socjopatyczne. KRUPÓWKI JAKO OŚ WSZECHŚWIATA: Przez wielu Krupówki uważane są za najważniejszy punkt podróży Zakopanego, a szkoda, bo miasto to ma o wiele więcej do zaoferowania, niż deptak, po obu stronach którego rozlokowane są stragany, restauracje, a od niedawna także popularne sieciówki, dobrze rozpoznawalnych marek. Tylko po co komu w Zakopanem rozpoznawalne marki? Czy do Zakopanego przyjeżdża się na zakupy? Niestety, ale najczęściej do zakupów wizyta na Podhalu się sprowadza. A gdzie wizyta na Pęksowym Bzysku, w Harendzie Kasprowicza, w Wilii Atmie u Szymanowskiego? Przecież Zakopane to serce międzywojennej Polski, artystów, bohemy, intelektualnej elity, ale kto wędrując po Krupówkach pamięta dzisiaj o Witkacym, Stroińskiej,Chwistku, Makuszyńskim, Staffie czy Żeromskim? ZYSK: To chyba najbardziej przytłaczający argument, przemawiający za tym, aby do Zakopanego w sezonie nie jechać. Pieniądze liczą się bardziej od człowieka i choć życie na skalnym Podhalu nigdy nie należało do najłatwiejszych, a walka o przetrwanie stanowiła nie lada wyzwanie, sam człowiek powinien w każdej sytuacji mieć wartość nadrzędną, a nie pieniądz. A w Zakopanem te wartości zdaje się uległy zdewaluowaniu: bo kiedy gospodarz odmawia swojemu dudkowi nagrzania w piecu zimą, a raki pod buty przed Doliną Strążyską, kiedy nagle zrobiło się ślisko kosztują 40 złotych – czy to aby nie dewaluacja? Samanta Pleskaczyńska –...

NAJSTARSZE KINO W POLSCE

Czy w dobie nowoczesnych kin typu multipleks możliwe jest ocalenie tradycyjnych kameralnych sal kinowych dla niewielkiej grupy widzów? Ilu jest jeszcze entuzjastów takich intymnych kulturalnych przestrzeni? Okazuje się, że wielu i że jedno z najstarszych kin europejskich znajduje się właśnie w Polsce. Gdzie? Oczywiście w Szczecinie. Kino „Pionier” to najstarsze polskie kino, które działa nieprzerwanie od 26 września 1909 roku i zostało uruchomione w ówczesnym mieście Stettin. Nie zaprzestało ono swojej działalności nawet podczas wojny. W roku 2005 wspomniane kino otrzymało nawet certyfikat Guinness World Records dla najstarszego kina na świecie, którym jednak nie cieszyło się długo, jako że wkrótce okazało się, iż historia jednego z duńskich kin jest nieco dłuższa niż szczecińskiego przybytku kultury. Bywalcy kina utrzymują, iż faktyczna historia szczecińskiego kina jest dłuższa, niż wynikać to może z ocalałych dokumentów, do tej pory jednak nie udało się znaleźć żadnych materiałów źródłowych, które mogłyby być potwierdzeniem tej teorii. Powszechnie wskazuje się, że szczecińskie kino mogło działać już w 1907 roku. Nie zmienia to jednak faktu, że kino „Pionier” ma swoją niezwykle długą tradycję, której pozazdrościć może niejeden multipleks. Pierwszym właścicielem kina był Otto Blauert, ale sprzedał je Albertowi Pietzke. Natomiast od 1999 roku właścicielami zostali Jerzy Miśkiewicz, z doświadczeniem w organizacji i zarządzaniu kinami, oraz Wacław Szewczyk. W 2002 roku przeprowadzono gruntowny remont. Sala kinowa wówczas znajdowała się w opłakanym stanie, fotele były zniszczone, w pomieszczeniu znajdował się jeden piec, który miał ogrzać całą powierzchnię. Mimo ogromnych nakładów finansowych, szczeciński przybytek udało się reaktywować. W ciągu ogromu lat kino wielokrotnie zmieniało nazwę, „Helios”, „Odra”, „Pionier”, ale nigdy nie zmieniło charakteru, swojego specyficznego klimatu – i do dzisiaj ma wierną widownię. Z pewnością w szczecińskim kinie nie możemy spodziewać się dobrze przygotowanego popcornu, gazowanych napoi i lekkiego komercyjnego repertuaru. Przeciwnie. Kino składa się z dwóch sal projekcyjnych. Sala główna urządzona jest tradycyjnie i przypomina te przestrzenie, które starszy widz może kojarzyć z dawnymi kinami. Są tam tradycyjne odbijane krzesła, na około 50-60 osób. Ciekawszym pomysłem jest jednak druga sala, nazywana Kiniarnią, która jest swego rodzaju połączeniem kina oraz kawiarni i w oczywisty sposób nawiązuje do tradycji oglądania filmów z początku XX wieku. W Kiniarni znajduje się zaledwie kilka stolików oraz projektor, a w razie wyświetlania filmu niemego wykorzystywane jest pianino, zresztą wyprodukowane w Szczecinie w 1898 roku. Projekcja filmu staje się tutaj niezwykłym, niemal intymnym doświadczeniem, a towarzyszyć temu może kieliszek dobrego wina, filiżanka kawy czy herbaty. Z pewnością jest to miejsce szczególne, kameralne, wyjątkowe. Widz ma wrażenie, że przeniósł się w czasie i że oglądanie filmu może być wielką ucztą dla ducha. Repertuar szczecińskiego kina także jest wyjątkowy. Pokazywane są tu przede wszystkim produkcje ambitne, europejskie, ale także azjatyckie czy południowoamerykańskie. Twórcy kina nie są nastawieni na filmy komercyjne, przeznaczone niemal wyłącznie dla niewymagającego widza. Kino „Pionier” idzie niejako naprzeciw masowej kulturze. Tutaj organizowane są projekcje, pokazy i lekcje filmoznawcze dla uczniów. Szczecińskie kino, zlokalizowane w kamienicy, w centrum miasta, tym bardziej zadziwia swoim wnętrzem, gdyż tamtejsze wejście jest zdumiewająco wręcz nowoczesne, pozostałością dawnej organizacji architektonicznej są tylko stiuki na elewacjach. Co ciekawe, ze względu na swoją długą tradycję, to właśnie kino „Pionier” stało się miejscem spotkań przedstawicieli różnych pokoleń, od tych najstarszych, po najmłodszych badaczy kultury, dla których kameralne studyjne kino jest nietypowym współcześnie zjawiskiem. Aleksandra Suska – Chamera –...

TAJEMNICE ZAMKU W MALBORKU

Malbork znany jest przede wszystkim z twierdzy krzyżackiej, jaka została przez zakon Krzyżaków zbudowana w XIII – XIV wieku. Był to jeden z największych zamków warownych średniowiecznej Europy, a zdecydowanie największy pokrzyżacki i gotycki. Dla turysty jego wielkość jest imponująca pomimo tego, że w wyniku bombardowań II wojny światowej był mocno zniszczony i do dnia dzisiejszego nie udało się wszystkiego jeszcze odbudować. Związanych jest z nim wiele ciekawostek, które rzucają zupełnie inne światło na funkcjonowanie nie tyle samego zamku, co całego Zakonu Krzyżackiego. Warto wskazać w tym miejscu, że: W XIII i XIV wieku zamek był budowany na terenie ówczesnych Prus, jednak to ani Prusacy, ani sami Krzyżacy nie byli odpowiedzialności za budowę i konstrukcję twierdzy. Zdecydowana większość budowniczych pochodziła ze Śląska. Lokalna ludność była zaś wykorzystywana tylko jako tania siła robocza, zaś Krzyżacy jako nadzorcy. Pomimo tego, że zamek w Malborku był stolicą Krzyżaków, to jednak ci niechętnie chcieli bronić murów warowni. Uważali się za rycerzy maryjnych, zaś służba na murach nie była dla nich godnym zadaniem. W związku z tym zlecali to zadanie najemnikom. Pochodzi oni głównie z Niemiec lub z Czech. Korpus obrony liczył w zależności od potrzeb od 1 300 do 4 000 tysięcy osób. Polacy zbrojnie nie zdobyli zamku w Malborku. Aby po wielu niepowodzeniach przejąć nad nim panowanie, zdecydowali się po prostu przekupić czeskich najemników, którzy w 1457 roku bronili tego grodu. Jedna z legend dotyczących zamku opowiada o tym jak jego skarbiec został ograbiony przez piekarzy, którzy pracowali w piekarni zamkowej znajdującej się tuż pod samym skarbcem. Warto zauważyć, że samo wejście do niego było bardzo pilnie strzeżone. Przed wejściem stał cały oddział rycerzy. Osoba wchodząca do środka musiała pokonać podwójne drzwi, z tym że te drugie (metalowe) zamykane były na trzy klucze, które posiadane były (po jednym) przez Wielkiego Mistrza Zakonnego, Wielkiego Skarbnika oraz Wielkiego Komtura. Otwierany był jedynie w wyjątkowych sytuacjach. Złodzieje zostali jednak szybko złapani i powieszeni. Inną kwestią jest to, że po przegranej bitwie pod Grunwaldem, skarbiec i tak był praktycznie pusty. Krzyżacy wprost zbankrutowali, kiedy po klęsce musieli opłacić rycerzy – najemników z Europy zachodniej, którzy na ich wezwanie stawili się do walki przeciwko Polakom i Litwinom. Zamek jest nawiedzony. O północy w kaplicy Św. Anny mają spotykać się i potajemnie spiskować pochowali tam Mistrzowie Krzyżaccy.   To tylko kilka ciekawostek związanych z tym grodem. Zdecydowanie więcej z nich można poznać po prostu odwiedzając zamek w Malborku, do czego w Nowym Roku, szczególnie w aurze zimowej zachęcam! M.G. – Chcemywiedziec.pl Bibliografia A. Regliński, W kręgu legend krzyżackich, Wydawnictwo Region, 2008 M. Stokowski, Zamek Malbork. Siedziba wielkich mistrzów, Wydawnictwo TopSpot Guide,...

KRUCHE PIĘKNO, ALE PIĘKNO – MUZEUM BOMBKI CHOINKOWEJ...

Tradycja mówi, że pierwsze bombki świąteczne powstały w Niemczech, stamtąd zresztą wywodzi się zwyczaj ozdabiania drzewka w okresie Bożego Narodzenia. Co ciekawe, powstało w Polsce wiele muzeów, które kolekcjonują przedziwne przedmioty i poświęcone są historii ich powstawania, ale aż do roku 2012 nikt nie pomyślał, aby stworzyć muzeum choinkowej bombki. Pierwsze ozdoby choinkowe pojawiły się w Polsce prawdopodobnie w wieku XIX na obszarze zaboru pruskiego, wspomniana tradycja zatem nie jest znowu aż tak krótka. Jednak dopiero Janusz Biliński, właściciel firmy zajmującej się produkcją ręcznie zdobionych bombek, wpadł na pomysł stworzenia cudownego unikatowego miejsca, którego celem byłoby pokazanie szerokiej publiczności tradycji ozdabiania świątecznych drzewek. Muzeum jest inicjatywą prywatną i otwarte jest przez cały rok. Wstęp jest bezpłatny, ale wrażenia z pobytu bezcenne. Warto dodać, iż jest to jedyne tego typu muzeum w Polsce i na świecie. Mieści się w Nowej Dębie, niewielkiej miejscowości na Podkarpaciu, która jednak od lat słynie z produkcji ręcznie malowanych cudów. Właściciel tamtejszego przedsiębiorstwa postanowił przechować w domowym zaciszu co ciekawsze i bardziej misternie wykonane eksponaty i tak powstało muzeum, które ukazuje historię bombki, tradycje związane z ich wykonaniem i zdobieniem, stanowi też przegląd historii strojenia drzewek w różnych krajach świata. I tak zwiedzający ma możliwość obejrzenia przystrojonych choinek w różnym stylu, amerykańskim, skandynawskim. Nie brak też choinek zdobionych nowocześnie, z pompą, przepychem, niemal w sarmackim duchu. Takiej bogatej kolekcji bombek trudno szukać w jakimkolwiek miejscu na świecie. Wzrok oglądającego co rusz zatrzymuje się na niesamowitych ręcznie zdobionych bombkach, często o niepowtarzalnym kształcie, kolorze czy wzornictwie. Są tu zatem i tradycyjne bombki imitujące szyszki, orzechy, bałwanki i gwiazdki, ale są i takie, których kształt wydaje się wręcz nieprawdopodobny. Postaci z bajek, cudowne pojazdy, lokomotywy, wagony, samochody, zamki, rozmaite budowle, a nawet bombki w kształcie ciastek czy innych świątecznych smakołyków. Jest też kolekcja, na którą składają się ręcznie wykonane na bombkach pałace, kościoły najbardziej reprezentatywne dla Podkarpacia, które ze względu na artyzm i precyzję wykonania wprawić mogą w zdumienie nawet tego oglądającego, który dobrze nie zna architektury regionu. Warte uwagi są zbiory wykonane na specjalne zamówienie firm zagranicznych, amerykańskich czy duńskich. Choć bożonarodzeniowy klimat nie odstępuje tu zwiedzających ani na krok, to z pewnością nie można przejść obojętnie także obok kolekcji ukraińskich jajeczek i carskich jaj, które należy kojarzyć raczej z Wielkanocą. W muzeum zgromadzono również podstawowe narzędzia do produkcji bombek, tak by zwiedzający mieli okazję przyjrzeć się historii powstawania tych świątecznych ozdób przez wieki. Prawdą jest, iż niewiele się w kwestii produkcji bombki zmieniło. Zresztą w trakcie pobytu w muzeum można przyjrzeć się procesowi powstawania i produkcji szklanych ozdób. Najważniejszy etap to dmuchanie, przy czym jak się okazuje, dmuchaczem nie każdy może zostać. Ów zawód wymaga bowiem wieloletniej praktyki i wbrew pozorom nie należy do najłatwiejszych zajęć. Poza umiejętnościami praktycznymi, z pewnością potrzebne jest także artystyczne zacięcie. Należy rozgrzać rurę sodową do odpowiedniej temperatury, umieścić we właściwej formie i dmuchać z właściwą siłą i wyczuciem. Gotowa bombka umieszczana jest w srebrzalni, a dopiero później następuje jej malowanie i zdobienie. W ramach wizyty w muzeum i nieodległej fabryce można pokusić się o udekorowanie bombki zgodnie ze swoim pomysłem i inwencją, co stanowi nie lada atrakcję nie tylko dla dzieci. Muzeum Bombki Choinkowej pozwala nie tylko poczuć świąteczną magię, ale także przystanąć nad miniaturowymi dziełami sztuki wykonanymi ręką niejednego wrażliwego artysty. Aleksandra Suska – Chamera –...

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress