WISTERIA FESTIWAL

Japończycy kochają festiwale. To niepodważalne. Obecność matsuri w życiu przeciętnego Japończyka jest czymś nie tylko powszechnym, ale i wysoce pożądanym. Liczba matsuri organizowanych corocznie jest liczona w tysiącach. W zasadzie każde miasto, miasteczko, wieś, chram ma swoje własne festiwale. W zależności od charakteru święta, bywają takie matsuri, które obchodzone są w całym kraju, z wielką pompą, z hukiem, a także takie, które odbywają się na gruncie lokalnym. Szczególnie miesiące wiosenne i letnie pełne są kolorowych świąt, co podyktowane jest w dużej mierze sprzyjającą aurą, umożliwiającą nie tylko wyjście na zewnątrz, ale także podziwianie piękna otaczającej przyrody. Festiwalem, o którym warto wspomnieć, jest obchodzony co roku Festiwal Wisterii. Wisteria to roślina znana u nas pod nazwą glicynia albo słodlin. Być może nie byłoby w niej nic szczególnego, gdyby nie piękne kwiaty: białe, różowe lub fioletowe, te z których japoński festiwal jest najbardziej znany. Wisteria to przede wszystkim roślina ozdobna, uprawiana jako pnącza, spotykana naturalnie w Chinach, Japonii i Korei. Najczęściej przyjmuje się, że piękno ma charakter subiektywny, nie można go zobiektywizować, ale w tym przypadku bliżej nam jest chyba do teorii Platona, który w swoich pracach przekonuje, że pięknem jest harmonia, symetria, a te przymioty można oceniać z perspektywy obiektywnej. Największy w Japonii festiwal wisterii odbywa się w Ashikaga Flower Park, znajdujący się w prefekturze Tochigi. Park ma aż 92 tysiące metrów kwadratowych i ponad 350 drzew wielkiej wisterii, a wśród nich znajduje się oszałamiający, długi na 80 metrów tunel złożony z białych wisterii, o słodkim, przyjemnym zapachu. Oprócz tego w parku znajduje duże drzewo, mające ponad 100 lat, które z wyglądu przypomina olbrzymi parasol złożony z niebiesko-fioletowych kwiatów. W Ashikaga Flower Park znajdują się też inne rośliny, w tym ponad 5 tysięcy drzew azalii, ale też setki innych odmian kwiatów i drzew. W parku można odpocząć, jest miejsce na rodziny z dziećmi, są kawiarenki. Najlepszym okresem na zwiedzanie będzie czas od połowy kwietnia do połowy maja, przynajmniej tak rekomendują organizatorzy. Koszt wejściówki do parku, w zależności od pory roku waha się w granicach od 300 do 1700 jenów, co w przeliczeniu wynosi 10-50 złotych. Choć sam festiwal wisterii organizowany jest pod koniec kwietnia i trwa do początku maja, park można zwiedzać każdą porą. W zimie instaluje się przepiękne oświetlenie, które dodaje szczególnego uroku i magii. Do parku Ashikaga można się dostać z Tokio pociągiem, ale nie bezspośrednio. Musimy się przesiąść w Oyamie, wziąć kolejny pociąg, dojechać do stacji Tomita, a dalej przejść 15 minut piechotą do parku. Przejazd  w jedną stronę trwa mniej więcej 70 minut, ale za Shinkansena zapłacimy około 120 złotych. Ewentualnie można skorzystać z regularnych pociągów, co prawda musimy zarezerwować sobie około 2 godziny w jedną stronę, ale koszt nie przekroczy 80 złotych. Źródła:Ashikaga Flower ParkWisteria – most beautiful flower on earth Samanta Pleskaczyńska –...

W STRONĘ RETRO: PIĘKNOŚCI Z DAWNYCH LAT...

Każda epoka ma swoje własne ikony, symbole piękna, seksu, zmysłowości. Kanony urody ulegają zmianom, przeobrażeniom. Dzisiejsze standardy urody nie mają wiele wspólnego z minionymi dekadami, choć pewne elementy tak zwanego ponadczasowego piękna nieustannie są w cenie. W dzisiejszej galerii przybliżamy Wam wizerunki kobiet, które nie tylko święciły triumfy w swoich czasach, ale także po dziś dzień wzbudzają emocje, a ich piękno nie sprowadza się wyłącznie do banału urody czy kategorii erotyki, ale też do ich umiejętności, pasji, z jaką występowały na scenie, czym emanowały i jakie wrażenie wywierały. Alice Maison Aktorka doby kina niemego, urodzona 20 lutego 1900 roku w Detroit. Maison występowała przede wszystkim w niemych krótkometrażówkach. Jak na warunki kina niemego, w jej filmografii nie znajdziemy zbyt wielu tytułów, tym bardziej żadnego, który uznany byłby dzisiaj za godny uwagi. Mało tego, sama Maison nie jest szczególnie w Polsce rozpoznawana. Nie zmienia to jednak faktu, że w swojej „złotej erze” (pomiędzy 17 a 22 rokiem życia) uznawana była za piękność, i symbol seksu, oraz przedmiot zainteresowań płci męskiej. Barbara Stanwyck Fanom kina noir Barbary Stanwyck nie trzeba przedstawić. Oto bowiem słynna femme fatale – Phyllis z „Podwójnego ubezpieczenia” B. Wildera. Bardzo pracowita i popularna aktorka. Aktywna zawodowo praktycznie do lat 70-tych. Jako, że często kojarzona z rolami demonicznych kobiet, jej wizerunek sceniczny wyraźnie przekładał się na jej postrzeganie w realnym świecie. Jej szczyt popularności przypadł na lata 40-50 XX wieku, i choć urodę Stanwyck można uznać za dyskusyjną, wtedy nazywana była symbolem seksu, kobiecości i zmysłowości. Billie Dove Billie Dove urodziła się jako Bertha Bohny, ale jej prawdziwe imię i nazwisko wydawało się mało atrakcyjne z punktu widzenia przemysłu filmowego, czy szeroko pojętego porządku artystycznego. W wieku 20 lat wyszła za reżysera Irvina Willata, z którym wspólnie zrobiła siedem filmów. O ile jednak większość obrazów przetrwała, o tyle samo małżeństwo okazało się być krótkotrwałe. Małżonkowie rozwiedli się sześć lat później, w 1929. Billie jednak nie potrafiła być nigdy sama, co znajdowało swoje ujście w licznych gronie adoratorów, których posiadała. Wśród najsłynniejszych kochanków znalazł się m.in. Howard Hughes, z których była w związku przez trzy lata. Para była nawet zaręczona, planowano ślub, ale nagle, bez szczególnego powodu Billie Dove zerwała znajomość. Jako 70-latka ponownie wyszła za mąż, niestety i ten związek nie przetrwał próby czasu. Dove można z powodzeniem nazwać „łamaczką” męskich serc i zręczną manipulatorką. Clara Bow Symbol seksu lat 20-tych. Swoją naturą, ponętnym wyglądem, dystansem do siebie przyciągała wielu. Jej wrodzony magnetyzm był nie tylko wabikiem na mężczyzn, ale także wzbudzał niemałe emocje wśród kobiet, które zachwycały się swobodą, z jaką kreuje swój wizerunek Bow. Mimo, że miała wielu adoratorów, pozostała w szczęśliwym związku z mężem – Rexem Bell, z którym przeżyli wspólnie trzydzieści jeden lat, aż do jego śmierci. W przemyśle filmowym nie zagościła zbyt długo, choć nie można jej odmówić efektywności w graniu. W zaledwie trzy lata wystąpiła w ponad trzydziestu obrazach. Fritzi Ridgeway Aktorka ery kina niemego. Na przestrzeni niespełna dwóch dekad wystąpiła aż w sześćdziesięciu trzech obrazach. W 1934 roku porzuciła kino, i choć nie przestała być symbolem swych czasów i seksu, była jedną z wielu aktorek, które nie miała prawa odnaleźć się w epoce kina dźwiękowego. Virginia Biddle Virginia była przede wszystkim statystką i wykonawczynią znakomitej większości pokazów Florenza Ziegfelda, impresario z Broadwayu, autora licznych teatralnych rewii. Na scenie występowała do roku 1931 – po wypadku na jachcie, w wyniku którego doznała oparzeń stóp i kostek pożegnała się z występami. Miała wtedy dwadzieścia jeden lat. Virginia Biddle nie bała się nagości, jej występy były okraszone dużą dozą zmysłowości i erotyzmu, stąd ich popularność nigdy nie słabła. Mary Pickford Na początku XX wieku, ta drobna Kanadyjka, doskonale realizująca się w dopiero co raczkującym przemyśle filmowym stała się istną sensacją. Bardzo szybko przeobraziła się w gwiazdę wielkiego formatu, przyciągając do siebie rzesze fanów. Z początkiem lat 30.tych XX wieku wycofała się z grania w filmach, ale nie z przemysłu filmowego – stała się cenionym i wpływowym producentem, w wolnym zaś czasie skupiała się na doglądaniu oraz organizowaniu przyjąć w legendarnej już dziś posiadałości – Pickfair, w Beverly Hills. 28 marca 1920 roku wyszła za kinowego parnera, komika, wielkoformatową gwiazdę – Douglasa Fairbanksa, uprzednio rozwodząc się z Owenem Moore. Duet Pickford-Fairbanks był pierwszych w historii Hollywood, na punkcie którego oszalała cała Ameryka.  Z Fairbanksem Pickford znała się wcześniej przez rok, tworząc wraz z Charlie Chaplinem i DW Griffithem „United Artists Corp.”. Prezentem ślubnym dla Pickford było właśnie Pickfair. Posiadłość zakupiona przez Fairbanksa była spektakularna: według niektórych źródeł miała 22 pokoje na 18 ha, według innych tych pokoi miało być aż 50. Pickfair miało basen, ogromny ogród i otoczone było niezwykłym splendorem. Wszędzie tam, gdzie pojawiali się, towarzyszyły im tłumy fanów. Miało to miejsce zarówno w samych Stanach, jak i poza nimi. Niestety, jak to często bywa, miłość gwiazd nie trwała wiecznie. W 1935 roku...

„Czerwone buciki” Andersena, czyli czego nie czytać dzieciom...

W odróżnieniu od baśni braci Grimm, baśnie Hansa Christiana Andersena uchodzą za znacznie mniej okrutne i mniej dosadne. Warto mieć jednak na uwadze, że o ile w swoim ogólnym brzmieniu ta teza znajduje potwierdzenie, o tyle, także i w twórczości Andersena znajdują się utwory bezwzględne, okrutne, owszem, moralizatorskie, ale w swojej dialektyce kary, zbyt dosłowne, aby miały być odpowiednie dla najmłodszych. Takim utworem są bez wątpienia „Czerwone buciki”.   Pomysł na „Czerwone buciki” narodził się najprawdopodobniej na przełomie 1884/1885 roku, kiedy Andersen dużo podróżował, a każda podróż przynosiła mu serię doświadczeń i zaskakujących w jego życiu zwrotów. W tym czasie był m.in. w Weimarze, Dreźnie, Lipsku, i Berlinie. Ponad wszystko ukochał sobie Weimar, miasto artystów, w których poznał wówczas 26-letniego Karola Aleksandra, duńskiego księcia, do którego zapałał od razu wielką namiętnością. Karol Aleksander, mimo poślubienia duńskiej księżniczki Zofii, odwzajemniał uczucia Andersena i z tej oto relacji narodziła się pełna emocji przyjaźń, która dodawała Andersenowi energii do działania.   Święta Bożego Narodzenia 1844 roku Andersen spędził już w Danii, w dworku Bregentved. Dość istotne wydaje się przy tym podkreślenie, że przebywając w Danii, Andersena bardzo często dopadał melancholijny, depresyjny nastrój, miewał ataki paniki, chronicznego strachu. W Danii pisarz czuł się outsiderem, co znajdowało swoje odzwierciedlenie w tworzonych utworach. W 1845 roku powstał nowy zbiór baśni, zatytułowany po prostu „Nowe baśnie”, i to właśnie w nim pisarz zawarł „Czerwone buciki”, będące przedmiotem niniejszego postu.   Fabuła jest dość prosta: oto biedna sierota Karen, która zostaje przyjęta na dwór zamożnej damy, nie do końca będąca w stanie docenić gestu, i wykorzystać szansy, jaka została jej dana, skupia się na bardziej prozaicznych sprawach, jak wręcz obsesyjna chęć posiadania czerwonych bucików, podobnych do tych, które to po raz pierwszy widzi u księżniczki. Buty te otrzymuje, na w poły podstępem i odtąd staje się całkowicie od nich zależna. Trudno pojąć dlaczego właśnie chęć posiadania owych czerwonych butów miała tak ogromne znaczenie dla Karen, czy było to podyktowane chęcią zbliżenia się (pozornego) do pewnego statusu, czy wiarą w mechanizm zastąpienia (Karen wcześniej posiadała czerwone trzewiki, wykonane ze skrawków skóry, w dość nieumiejętny sposób, przez żonę szewca, których to po oddaniu się pod opiekę starszej damy, musiała się pozbyć). Pewne natomiast jest to, że u Andersena stopy winny kojarzyć się z ludzką duszą (takie same konotacje budzi baśń o „Małej Syrence”).   Nie zapominajmy, że przestrzeń duchowa Andersena to przestrzeń kultury protestanckiej. Przestrzeń, w której zarówno pojęcie sacrum, jak i surowego, starotestamentowego Boga, stanowią jej stałe składowe. Przestrzeń ta doskonale odnajduje się w baśniach Andersena, co widoczne jest w szczególności w „Czerwonych bucikach”. Oto, prosta Karen (mająca tak samo na imię, jak przyrodnia siostra Andersena), idąc na konfirmację, zamiast próbować podjąć dialog z Bogiem, zakłada błyszczące trzewiki, na których skupia całą swoją (i na jej nieszczęście nie tylko) uwagę. Ale Bóg przecież i tak jest milczący, a nowe buciki takie piękne. Karen nie jest w stanie partycypować w sferze sacrum, bo jej nie rozumie (idąc za Rudolfem Otto, sacrum to stan, w którym nawiązuje się relacje z numinosum, będącym siłą, która jednocześnie wzbudza trwogę i lęk, ale też pociąga i zniewala). Samo określenie ontologii sacrum nie wystarczy przecież do uczestnictwa w nim, konieczne jest zdanie sobie sprawy z niewyrażalnej tajemnicy, która dla dziewczyny jest za bardzo odległa. Problem polega jednak na tym, że porządek panujący w etyce protestanckiej nie przyjmuje takiego tłumaczenia, więc dziewczyna musi ponieść karę. I faktycznie ją ponosi. Nie od razu, a przy następnej próbie, której zostaje poddana. Zamiast pozostać przy swojej, chorej opiekunce, udaje się na bal, w swoich błyszczących, czerwonych bucikach. Chwilę później Karen zostaje skazana na wieczny taniec, w lesie, w polu, za dnia i w nocy. Skazuje ją na to zesłany z nieba anioł. Absolutnie bezwzględny. Zmęczona niemożnością panowania nad swym losem, zapanowania nad swoją duszą, oddaje się w ręce kata, który na prośbę dziewczyny odcina jej stopy, wraz z czerwonymi bucikami. One żyją nadal, równie żywotnie podskakując, co wcześniej. Ona też próbuje żyć: o kulach, wracając do punktu wyjścia, żebrząc, aby przetrwać. Wraca do kościoła, w którym pogodzona z Bogiem dokonuje żywota, a w niebie „nikt już nie pytał o jej czerwone buciki…”. Źródła: H.Ch. Andersen, Czerwone buciki. J. Wullschläger, Andersen: życie baśniopisarza, WAB 2005. Samanta Pleskaczyńska – Chcemywiedziec.pl  ...

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress