MAGIA KINA, CZYLI MAŁA PIEKARNIA W WIELKIM MIEŚCIE...

Czy niewielka piekarnia o urokliwym, ale jednak przeciętnym wnętrzu i niezbyt wyszukanej stylizacji może stać się sławna od tak z dnia na dzień? Czy wędrować mogą do jej skromnych progów pielgrzymki wiernych adoratorów i to niekoniecznie łasuchów? Tak, mogą, jednakże pod jednym warunkiem. Tą piekarnią musi być Magnolia Bakery. Ta nowojorska cukiernia urządzona została w stylu lat 50., ale powstała znacznie później, bo pierwszy lokal, usytuowany właśnie na rogu Bleecker i 11 Ulicy, otwarto w 1996 roku. Co stanowi o sile tego miejsca? Otóż wszystko zaczęło się od pewnego kultowego już dzisiaj serialu. Pewnego dnia producenci Seksu w wielkim mieście postanowili uwzględnić urokliwą piekarnię w planie scenografii. Było to o tyle proste, że Magnolia Bakery mieści się bardzo blisko budynku, w którym mieszkać miała serialowa Carrie. Można powiedzieć, że to przypadek sprawił, iż zachwycający kameralny lokal stał się jednym z najlepiej rozpoznawalnych miejsc w mieście. Moment, w którym Carrie zdecydowała się skusić na przepiękną babeczkę, okazał się także momentem szczególnym dla piekarni i jej dalszych losów. Nic nie mogłoby rozsławić tego miejsca lepiej. Żadna inna reklama nie mogłaby być bardziej przekonująca. Zresztą ustawiono tam coś w rodzaju małego ołtarzyka upamiętniającego serial. Cóż, współczesne miejsca kultu muszą różnić się od tych ustanawianych wieki temu… Od momentu wyemitowania odcinka, w którym pojawiła się Magnolia Bakery, w lokalu zaczęły gromadzić się tłumy turystów, przybywających tam nie tylko ze względu na głód. Pracownicy nie byli w stanie obsłużyć wszystkich klientów. Każdy z nich chciał poczuć się choćby przez chwilę jak gwiazda filmowa, jak ulubiona bohaterka, jak ktoś z innego świata. Każdy chciał doświadczyć magii kina na własnej skórze i wniknąć w ten fragment rzeczywistości, który znał tylko z ekranu. Zresztą prawdą jest, że swą dobrą sławę piekarnia zawdzięcza nie tylko wspomnianemu serialowi. Pieczywo i ciastka wypiekane są tam z najwyższej jakości świeżych składników. Dekoracje babeczek i tortów są w istocie dziełami sztuki, a smak muffinek czy puddingów jest w stanie zadowolić nawet najbardziej wybredne podniebienia. Wszystko wykonywane jest na oczach klienta, każdy element dekoracji, każda ozdoba. Miejsce to jest z pewnością niezwykłe, magiczne, trochę retro, trochę intymne. Oszklona witryna odkrywa przed klientami i turystami bogactwo kolorów, szczególnie pastelowych. Zaraz po wkroczeniu do wnętrza w nozdrza klienta wkrada się niezwykła mieszanka zapachów, cudowna, słodkawa, lekko waniliowa, domowa. Wreszcie smak, który karze zapomnieć o niewątpliwym przecież bogactwie energetycznym babeczek, bajgli, ciast… W jednym rogu cukiernik tworzy tort, dekorowany zgodnie z sugestiami klienta, w drugim ktoś inny ozdabia muffiny. I choć współcześnie turyści i fani serialu mniej tłumnie odwiedzają to miejsce, to jednak wciąż cieszy się ono ogromnym powodzeniem. Warto pamiętać, że wspomniana Magnolia Bakery pojawiła się także w innym głośnym filmie Diabeł ubiera się u Prady. Pozostaje więc mieć nadzieję, że na tym filmowa kariera urokliwej nowojorskiej piekarni na Greenwich Village bynajmniej się nie skończy. Okazuje się, że coraz popularniejsze w branży turystycznej są właśnie wycieczki tematyczne, które dotyczą określonych miejsc znanych widzom najczęściej z wielkich kultowych produkcji. Dzięki nim można pozwolić sobie na podążanie śladami swojego ulubionego bohatera, doświadczanie smaków i zapachów, które były jego udziałem. Można wreszcie być przez chwilę kimś innym. Może właśnie na tym polega magia kina? Aleksandra Suska – Chamera –...

FRANZ KAFKA I MILENA JESENSKÁ – ROMANS, LISTY I SŁOWA, KTÓRYCH AŻ NADTO…...

Kafka poznał Milenę w 1920 roku. Zresztą niemieckojęzyczny pisarz i owiana sławą czeska dziennikarka, tłumaczka i pisarka w rzeczywistości spotkali się tylko kilkukrotnie. Istotę ich znajomości stanowiła korespondencja, intymna, pełna osobistych odniesień, głęboka, przepojona liryzmem, filozoficznymi dywagacjami, refleksjami o życiu, twórczości, otaczającej rzeczywistości. Kafka w listach do Mileny jawi się jako człowiek niezwykle wrażliwy, czujący, poszukujący siebie i swojego miejsce w świecie. Właściwym bohaterem korespondencji austriackiego pisarza jest jednak on sam, nie zaś adresatka  wspomnianych listów. Kafka wiele miejsca poświęca przede wszystkim sobie. Listy są swego rodzaju zwierciadłem, w którym odbija się dusza autora Procesu. Ale czy tylko dusza? Czy Kafka-narrator listów nie nakłada po prostu kolejnej maski? Co ciekawe, pisarz wydaje się tworzyć słowem świat wewnętrznych namiętności jakby niezależnie od tego, kto jest faktycznym odbiorcą tekstu. Oczywiście nie jest tak, iż istnienie lub nieistnienie Mileny pozostaje bez znaczenia, bynajmniej. Prawdą jest jednak, że wyznania Kafki, niekiedy pełne egzaltacji i jakiegoś duchowego rozedrgania, zdają się kolejną twórczą projekcją, narracją, w ramach której jednak pisarz dokonuje autoprezentacji i – mówiąc nieco współczesnym językiem – autokorekty. W jakich okolicznościach doszło do spotkania Mileny z Kafką? Młoda czeska pisarka, wówczas już zamężna, zafascynowana twórczością praskiego artysty zdecydowała się nawiązać kontakt z autorem opowiadania Der Heizer. Chciała przetłumaczyć dzieła pisarza, mało wówczas jeszcze rozpoznawalnego w kręgu literackim na język czeski. Okazało się jednak, iż tłumaczenia zaproponowane przez Milenę niezbyt przypadły do gustu autorowi Zamku. Prawdopodobnie także dlatego, iż sam Kafka doskonale władał czeskim i pozostawał w kwestii przekładu szczególnie wymagający. Pierwsze spotkanie pisarza z tłumaczką było dla obojga doświadczeniem cudownym i zarazem niesamowitym przeżyciem. 37-letni wówczas Kafka i 24-letnia Milena odtąd stali się dla siebie najważniejsi. Pełne żaru wyznania pisarza względem kobiety, którą dopiero niedawno mógł poznać, są z pewnością świadectwem zaangażowania dojrzałego mężczyzny, ale także zdają się wskazywać, jak bardzo autor Procesu potrzebował miłości, akceptacji, powierniczki, swoistego katharsis. W listach Kafki jest namiętność, jest lęk przed miłością, zaangażowaniem, życiem. Jest jakaś ogromna tęsknota do drugiego człowieka, który jednak pozostaje nieosiągalny właśnie dlatego, że jest inny, że jest tylko obok. Pragnienie wyjścia z samotni własnego „ja” jest u Kafki – podobnie jak to się dzieje z jego bohaterami – wszechogarniające, ale jest też boleśnie niemożliwe. Miłość do Mileny, namiętna, wybuchła nagle i niespodziewanie, stanowiła w życiu Kafki rozdział szczególny. I chociaż w życiu Mileny byli inni mężczyźni, a w życiu Kafki jeszcze inne kobiety, to ów związek jest chyba przykładem tego, jak bardzo różne od rzeczywistości mogą być relacje międzyludzkie budowane na odległość, w materii tak uległej, jak listowny papier… Gdyby bowiem Kafce przyszło budować wspólne życie z Mileną, dzielić z nią wszystkie uroki i troski codzienności, szybko mogło by się okazać, iż absolutnie do siebie nie pasują. Zresztą poniekąd tak właśnie się stało. Kobieta zdała sobie sprawę, jak bardzo różni się wizerunek pisarza – człowieka z krwi i kości – od tego, co ona sama zdołała sobie wykreować niemal wyłącznie na podstawie ich wzajemnej korespondencji. Kafka okazał się człowiekiem drobiazgowym, nieprzystającym do wyobrażeń Mileny na temat idealnego mężczyzny. Znajomość uległa znacznemu rozluźnieniu, płomień namiętności zdecydowanie przygasł, zresztą niemal równie prędko, jak się pojawił. Aleksandra Suska – Chamera – Chcemywiedziec.pl Źródła: Kurowicki Jan, Franz Kafka. Obcość i wyobcowanie, w: Człowiek i sytuacje ludzkie. Szkice o pisarstwie XX wieku, Wydawnictwo Ossolineum, Wrocław 1970, s. 58 – 94.Franz Kafka’s Kafkaesque Love...

JESZCZE RAZ O DZIADACH, JESZCZE RAZ O DUSZACH I NIECH PŁONIE ZNICZ...

Tradycje związane z Dniem Wszystkich Świętych i Zaduszkami są bardzo różne. Współcześnie na grobach zapala się znicze, kładzie kwiaty i w ten sposób upamiętnia  zmarłych. Nie zawsze jednak tak było. Niegdyś Dzień Wszystkich Świętych był dniem bardzo radosnym, jako że w tym dniu czczono wszystkich tych, którzy już mogą cieszyć się życiem błogosławionych. Symbolicznie podkreślał to biały kolor liturgicznych szat przywdziewanych podczas odprawiania czynności mszalnych. Właściwe msze za zmarłych odprawiane były dopiero w X wieku. W Polsce bardzo długo ścierały się tradycje chrześcijańskie i pogańskie. W obrzędowości słowiańskiej święto zmarłych mogło być obchodzone nawet kilka razy w roku. Kościół, świadomy tego, iż nie da się wyrugować z ludowej wyobraźni wędrujących zabłąkanych duszyczek, schrystianizował dawny obrzęd tak zwanych „dziadów”. Jak bardzo był to obrzęd żywy jeszcze w XIX wieku, świadczą Mickiewiczowskie Dziady wileńsko-kowieńskie. Dusze czyścowe odwiedzają przybyłych do kaplicy modlących się i proszą o jadło bądź napoje, które mają zapewnić dostęp do nieba. W tradycji wschodniej utrwalił się zwyczaj przygotowywania potraw dla dusz czyśćcowych, a były to przede wszystkim kutie, pierogi, kasze czy specjalnie wypiekane chleby. Wspomniane jedzenie pozostawiane było najczęściej na stołach, rzadziej bezpośrednio na grobach zmarłych, choć i z takimi tradycjami można się było spotkać. Pozostawianie jedzenia dla błądzących czyśćcowych dusz wspomniane jest jeszcze przez Reymonta w Chłopach. Dość częste, szczególnie na wsiach, było podejmowanie na rzecz zmarłych określonych działań bądź ich zaniechanie. I tak w przeddzień święta zmarłych najczęściej pozostawiano uchylone drzwi domostwa, co symbolizować miało życzliwość, chęć spotkania z przodkami, dobrą pamięć o nich. Zabronione było natomiast przędzenie, tkanie, maglowanie, spluwanie, wylewanie pomyj, a nawet deptanie kapusty czy klepanie masła. Wszystkie te czynności bowiem mogły urazić, skaleczyć odwiedzającą dom duszę. Należało także za wszelką cenę spełniać życzenia zmarłych, nie szczędzić jadła, w przeciwnym razie można było się narazić na gniew i nieżyczliwość zbłąkanych dusz, czego zresztą bardzo się obawiano. Tradycja zapalania zniczy wywodzi się prawdopodobnie ze zwyczaju rozniecania ogniska na rozstajach dróg czy cmentarzach. Ich celem było pokazywanie właściwej drogi czyścowym duszom, które to tej nocy miały prawo powrócić w rodzinne strony. Dość często spotykane było także rozpalanie ognisk na mogiłach samobójców bądź ludzi zmarłych tragicznie, nagłą śmiercią. Zazwyczaj w obrębie tych miejsc gromadzono chrust, często przez cały rok, i dopiero w dzień zmarłych zapalano coś w rodzaju stosu. Uważano powszechnie, że taki ogień ma przede wszystkim oczyszczającą moc i może okazać się światłem dla cierpiącej nieszczęśliwej duszy. Dzisiaj zapalane znicze mają nieco inną symbolikę. W imię chrystianizacji pogańskich obrzędów światło zapalane na grobach przodków symbolizuje przede wszystkim światłość wiekuistą, zmartwychwstanie, Chrystusa, pamięć żywych o umarłych. Obyczaj wspólnego biesiadowania ze zmarłymi i niezwykle radosnego świętowania charakterystyczny jest przede wszystkim dla krajów Ameryki Południowej. W Europie ów sposób celebrowania dnia zmarłych raczej nie jest spotykany. Inne przyjęły się na Starym Kontynencie zwyczaje, odmienne tradycje. Może jednak warto od czasu do czasu spojrzeć na to specyficzne święto inaczej i pozwolić sobie na radosne jego przeżywanie? Ot, taka sztafeta pokoleń… Aleksandra Suska – Chamera – Chcemywiedziec.pl Źródła: Kokocińska T., Polski Rok: tradycje i obyczaje, Warszawa 2009. Ogrodowiska B., Święta Polskie: tradycja i obyczaj, Warszawa 2000....

HELENA MODRZEJEWSKA – WBREW ŚWIATU, W ZGODZIE ZE SOBĄ...

O Helenie Modrzejewskiej pisano wiele. Ta niezwykła polska aktorka potrafiła zjednać sobie publiczność nie tylko w kraju, ale także poza nim. Z pewnością była kobietą wyjątkową i jej artystyczny dorobek imponować może wielu współczesnym aktorkom. Sceny Krakowa, Lwowa czy Warszawy okazały się w pewnym momencie zbyt ciasne, jak na ogromne ambicje artystki. Co jednak zadecydowało o wielkim sukcesie polskiej aktorki w Ameryce? Dlaczego zdecydowała się opuścić kraj i otworzyć nowy rozdział artystyczny w Stanach Zjednoczonych, a później także w Anglii? Warto chyba spojrzeć na Modrzejewską, jak na kobietę, która mentalnie przekracza epokę i czasy, w których przyszło jej żyć. Aktorka była odważna, świadoma swojej wartości, wielkości, zdolności, talentu, niezwykle pracowita i dbająca o sceniczny wizerunek. Wiedziała, że ma słaby głos jest i że warto poszerzyć jego skalę, zatem pracowała nad tym skwapliwie przez kilka lat. Była niezwykle sprawna fizycznie, gibka, wiotka, zwracała uwagę na odpowiednią dietę i prowadzenie aktywnego trybu życia. Wiedziała, iż postępując w ten sposób, jest w stanie niejako przedłużyć swój aktorski żywot – w zdrowiu i ogólnej sprawności. Ponadto znana była z tego, iż przywiązywała ogromną wagę do szczegółów scenicznych, elementów stroju, a nawet oświetlenia. Była profesjonalistką, a jej aktorskie kreacje, szczególnie bohaterek szekspirowskich, przeszły do historii teatru. Modrzejewska wczuwała się w odgrywaną postać tak dalece, że – jak twierdzili ci, co podziwiali jej grę na scenie – między aktorką a bohaterką dramatu zdawało się nie być różnicy. Z drugiej strony aktorka potrafiła do każdej postaci dodać coś od siebie, jakiś indywidualny rys, który jednak tak dalece zestrajał się z odgrywaną postacią, iż nie było w tym sztuczności, kreacji, która mogłaby ówczesnemu widzowi przeszkadzać. Modrzejewska była wielka, bo potrafiła uczynić z gry teatralnej sztukę i rzemiosło zarazem. Dbała o aktorski warsztat zupełnie jak rzemieślnik, który pieczą otacza powierzone mu narzędzia i sprzęty, gdyż zdaje sobie sprawę, iż bez nich jego praca będzie niemożliwa. Aktorka byłą świadoma tego, iż na jej sukces jako scenicznej diwy składa się wiele elementów, niekiedy może nawet mało istotnych, ale jednak kluczowych z punktu widzenia gry aktorskiej jako całości. Skwapliwie uczyła się języka angielskiego, gdyż chciała być prawdziwa i przekonująca dla amerykańskich widzów. Marzyła o mówieniu taką angielszczyzną, która umożliwiłaby jej grywanie sztuk Szekspira na scenach angielskich. I dopięła swego. Nie było dla jej marzeń żadnej granicy. Nie było przeciwności, których nie można by było pokonać. Nie było języka, którym nie można by przemówić do publiczności, choćby po to, by coś w niej poruszyć. Modrzejewska była aktorką nowoczesną także w tym sensie, że nie uciekała od kontaktu z publicznością, dziennikarzami czy krytykami teatralnymi. Zdawała sobie sprawę ze specyfiki zawodu, który wykonuje i z jego szczególnego charakteru. Z jednej strony aktorka dbała o swoją prywatność, z drugiej pozwalała się fotografować i raczej chętnie upubliczniała swój wizerunek. Praca w teatrze była dla scenicznej diwy nie tylko spotkaniem ze sztuką, nie tylko realizowaniem pasji, ale również szczególnym wyjściem poza ramy obyczajowe i kulturowe. Modrzejewska była kobietą-aktorką, a to ówcześnie sytuowało ją mniej więcej na równi z kobietami ulicy, prowadzącymi bujne nocne życie, których morale nie mogło być najwyższe. I wydaje się, że to właśnie polska aktorka podniosła ów zawód, właśnie kobiecy zawód, do rangi sztuki, czegoś, co wymaga ogromu pracy, wiedzy, umiejętności i tym samym szacunku ze strony innych. Z pewnością Modrzejewska, świadoma swego talentu i aktorskiego warsztatu, ciężko kształtowanego przez lata, mogła żądać coraz wyższych honorariów za swoje występy, szczególnie za granicą. I tak też było. Podobno jej ówczesne gaże są porównywalne do tych, które współcześnie osiągają najlepsi aktorzy Hollywood. Byli więc i tacy, którzy zarzucali aktorce pazerność, tymczasem w jej postępowaniu widoczne było raczej swoiste carpe diem. Jesteś na scenie, więc chwytaj dzień – twój dzień. Aleksandra Suska – Chamera – Chcemywiedziec.pl Źródła: 1. Józef Szczublewski, Modrzejewska, Życie w odsłonach, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2009. 2. Helena Modrzejewska, Wspomnienia i wrażenia, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1957....

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress