Judy Garland – życie w mroku cz. 2

Sama Judy, wydostając się spod kurateli matki dostała się w ręce ludzi jeszcze bardziej wyrachowanych, okrutnych manipulatorów i bezkompromisowych wyzyskiwaczy. Będąca pod stałą obserwacją Judy, którą śledzili zatrudnieni na potrzeby studia informatorzy i agenci, coraz bardziej gubiła się w otaczającym ją świecie. Nie należała do klasycznych piękności, daleko jej było do wytworności Joan Crawford, czy Avy Gardner, blasku Jean Hearlow czy Grety Garbo, co też studio nie omieszkało jej wypominać na każdym możliwym kroku. Niskie poczucie własnej wartości, potęgowane niewłaściwym obrazem samej siebie wywołały w dziewczynie zaburzenia żywienia.   Studio za wszelką cenę starało się zbudować taki wizerunek Judy, który by odpowiadał modelowemu wizerunkowi gwiazdy wytwórni MGM. To studio dyktowało jak ma Judy wyglądać, z kim może się spotykać, co jeść. Podczas gdy studio podawało jej niemalże non stop rosół, Judy będąc z dala od nadzorujących ją opiekunów, zajadała się lodami karmelowymi. Kiedy Judy wydawała się zbyt mało aktywna – studio za namową Ethel podawało jej amfetaminę. Aby ją uspokoić, żeby mogła odpocząć, podawano jej luminal, środki uspokajające i nasenne.   Mimo, że z całych sił Judy starała się sprostać oczekiwaniom studia, wikłała się w coraz bardziej skomplikowane relacje. Liczba kochanków Judy była imponująca. Wśród jej „podbojów” znaleźli się tacy gwiazdorzy jak Tyrone Power, Spencer Tracy, Artie Shaw, czy Frank Sinatra. Sęk w tym, że żaden z tych związków nie był trwały i żaden nie dał Judy poczucia stabilności, wręcz przeciwnie – przynosił kolejny rozstrój.   W sumie Judy Garland wychodziła za mąż pięciokrotnie. W mężczyznach poszukiwała przede wszystkim wsparcia i poczucia bezpieczeństwa. Problem polegał jednak na tym, że miała skłonności do zupełnie niewłaściwych mężczyzn – jak np. Vincente Minnelli. Małżeństwo z nim trwało najdłużej, a z tego związku na świat przyszła ich córka – Liza Minnelli. Małżeństwo z Vincentem nie mogło należeć do udanych – ekstrawagancki gej uganiający się za chłopcami, tak bardzo przypominający jej własnego ojca. Kosztem upokorzeń, niezdrowych układów, jedyne co dla Judy się liczyło to poczucie bezpieczeństwa, jakie miał zapewnić jej dużo starszy mężczyzna. Z początkiem lat 40-tych kondycja psychiczna i fizyczna Judy zaczęła się pogarszać. Aktorka cierpiała na zaburzenia łaknienia i trawienia, jej waga była niestabilna, wreszcie dały o sobie znać lata przyjmowania narkotyków i leków. Doświadczała napadów lęku, licznych załamań nerwowych i żadna terapia – elektrowstrząsy, hipnoza, psychoterapia, nie mogły przynieść ukojenia.   W pewnym momencie Judy Garland przyjmowała dziennie 40 tabletek ritalinu, garść tabletek nasennych i uspokajających, popijając to butelką wina. Problemy ze snem, sesje u psychoanalityka, które pogłębiały jej depresję, napady złości, chroniczne bóle głowy – to wszystko powodowało, że z każdym dniem Judy sięgała po jeszcze większą dawkę leków, i popadało w coraz większe uzależnienie. W 1949 roku Garland dostała ostatnią szansę od MGM. Dostała główną rolę w musicalu „Summer Stock”. Partnerował jej Gene Kelly. Od samego początku kręcenia, praca z Judy była bardzo trudna – zapominała tekstu, miała stany lękowe, nie pojawiała się na planie. W końcu wysłano ją do sanatorium po którym wróciła nieco bardziej ustabilizowana emocjonalnie, ale nie ułatwiło to znacznie pracy z nią. Jedna z ostatnich scen w musicalu – kiedy Judy śpiewa „Get Happy” należy obecnie do kultowych – aktorka podczas jej kręcenia była w stanie całkowitego zamroczenia. W 1950 roku MGM zerwał kontakt z Judy Garland, co było olbrzymim dla niej ciosem. Na domiar złego w tym samym czasie zaczęło się definitywnie rozpadać jej małżeństwo z Minnellim. Początkowo, w akcie desperacji, Judy próbowała odebrać sobie życie, a raczej zwrócić na siebie uwagę. Kiedy nieco ochłonęła, związała się z nowym mężczyzną – skorym do przepychanek w barach Sidem Luftem, a także zwróciła się w stronę dużo mniejszych wytwórni, które były gotowe podjąć z nią współpracę. O ile jako artystka ponownie zaczęła sobie radzić znakomicie – spotkała ją wielka przychylność ze strony krytyków i publiczności, można powiedzieć, że lata 50-te należały do niej, o tyle w życiu prywatnym zupełnie jej się nie układało. Nasilające się ataki depresji i lęku, niemożność sprostania roli matki (z Sidem Luftem miała kolejne, dwoje dzieci – Lornę i Joeya), silne uzależnienie od leków i alkoholu tylko pogrążały Judy. Aktorka nie potrafiła odnaleźć ukojenia. Jej relacje z dziećmi były przepełnione bólem i agresją. Cała trójka czuła się odepchnięta, lekceważona, samotna. Najbardziej ucierpiała Liza – która przez niezrównoważenie matki zmuszona była szybciej dorosnąć i przejąć na siebie większość obowiązków, związanych z prowadzeniem domu. Na jej głowie było nie tylko monitorowanie codziennych czynności, ale także kontrolowanie stanu upojenia matki i dbanie o to, aby nie przedawkowała. Co tym bardziej dojmujące – Liza nieświadomie powtórzyła kilka błędów matki – wyszła za mąż za homoseksualistę – o zgrozo mającego romans z czwartym mężem jej własnej matki – Markiem Herronem. Historia zatoczyła koło. W połowie lat 60-tych kondycja Judy Garland była gorsza, niż można sobie wyobrazić. Lata uzależnienia od alkoholu, przyjmowania barbituranów, całkowicie wyniszczały wątrobę i organizm aktorki....

Amerykański folklor: Wróżki cz. 1

Wróżki obecne są w folklorze wielu kultur, przede wszystkim amerykańskiej, choć ich powodzenie wiąże się z folklorem Europy. W Europie określane były mianem „małych ludzi”, obdarzonych ponadprzeciętnymi mocami. W przeważającej większości przypadków, legendy o wróżkach, pojawiające się w Ameryce, to opowieści zaczerpnięte z różnych obszarów Europy, w tym z Anglii, Irlandii, Szkocji czy Francji. Mimo, że początkowo bardzo trudno było usystematyzować kategorię wróżki i przyporządkować do określonego rodzaju stworzeń, z czasem zaczęła być kojarzona z takimi istotami, jak elfy, chochliki, czy gobliny. Obecnie wróżka przywodzi na myśl pozytywne konotacje i bardziej kojarzona jest z dobrocią i życzliwością, niż z przymiotami charakterystycznymi dla złych duchów, demonów i czarownic. Warto wiedzieć, że po obu stronach Atlantyku, pojęcie „wróżki” zamiennie było stosowane z pojęciem „dobrych ludzi”, „tych ludzi”, albo „ich”. Należy mieć przy tym świadomość tego, że nadprzyrodzone moce, w posiadaniu których są wróżki mogą być wykorzystywane w pożyteczny, albo szkodliwy sposób. Wróżki bywają opisywane jako istoty zawieszone pomiędzy niebem a piekłem, również identyfikuje się je z „upadłymi aniołami”. Wróżki to stworzenia, które balansują pomiędzy życiem a śmiercią, co charakteryzować ma ich niepokój ducha. Mogą zamieszkiwać w domu śmiertelnika, pilnując tym samym domowego ogniska, albo w miejscach niebezpiecznych dla ludzi, takich jak bagna, nieurodzaje, urwiska. Co ciekawe, wróżki potrafią ostrzegać śmiertelników przed zagrożeniami, a w razie niebezpieczeństwa uprawiać dobrą, uleczającą magię. Według niektórych legend, przekazywanych drogą ustną, wróżki miały należeć do niewielkiej rasy, żyjącej w grupach albo samotnie, najrzadziej w parach. Ich ubrania miały być ściśle podporządkowane określonej konwencji – czerwone garnitury i powłóczyste suknie idealnie sprawdzały się podczas wielkich i ważnych okoliczności, takich jak zaręczyny czy inne uroczystości, podczas których wróżki tańczą, grają na instrumentach, biesiadują. W licznych opowiadaniach i legendach o wróżkach, istoty te najczęściej pojawiają się w kontekście określonych okoliczności, a raczej wpływu jaki mają na otoczenie, nie zaś w kontekście interakcji, jaka miałaby zachodzić pomiędzy wróżką a człowiekiem. Wróżki mają być niewidoczne, muszą zniknąć zanim pojawi się człowiek, nie tylko dorosły, ale i dziecko. Niektórzy są zdania, że postać wróżki ma za zadanie ochraniać dzieci przed srogimi rodzicami, poprzez łączenie się z nimi w jedną całość, co ma doprowadzić do uniknięcia sankcji, doznania upokorzenia czy uczucia wstydu. Wraz z wkroczeniem w XX wiek odsetek ludzi wierzących we wróżki znacząco spadł. Budowa dróg, pojawienie się samochodów, elektroniki, a później telewizorów i pozostałych form współczesnych mediów sprawiły, że opowieści o wróżkach mocno się zdewaluowały. Nie wszyscy jednak podzielali ten pogląd. Pojawiły się nawet głosy, że gatunek wróżek jako istot o nadprzyrodzonych mocach nie wyginął, a znalazł swoje odzwierciedlenie w „niezidentyfikowanych obiektach latających” bezkarnie uprowadzających ludzi, dla własnych, tylko sobie znanych celów. Źródła: J. H. Brunvand, American Folklore: An Encyclopedia, Garland Publishing Inc. 1996. R. Erdoes, A. Ortiz, American Indian Myths and Legends, Pantheon 1985. Faires or no faires [w:] The Dublin Penny Journal, Vol. 3, No. 125 (1834), s. 166-167. A. S. Gatschet, Faires [w:] The Journal of American Folklore, Vol.1, No.3 (1888), s. 237.The history of fairy tales CDN Samanta Pleskaczyńska – Chcemywiedziec.pl...

Japońska moda uliczna: Harajuku cz.1

Ulice Tokio nie mają sobie równych, pełne życia, barw, hałasu, dźwięków, otoczone potężnymi banerami, szyldami, pozbawione numerów, chaotyczne, pulsujące, i zapełnione kolorowymi ludźmi. Widoczne jest to wszędzie, choć najbardziej pod tym względem elektryzujące feerią barw, wydaje się być Harajuku. Każdy, kto zawitał do Japonii i interesuje się zjawiskiem, które w zasadzie tylko tam miało prawo rozwinąć się na taką skalę, wizytę w dzielnicy Harajuku, powinien potraktować jako obowiązkową. Przebrana młodzież, spotykająca się co niedzielę przy stacji linii Yamanote, nie stanowi tylko przykładu wyjątkowej mody ulicznej, ale jest odpowiedzią na zmiany zachodzące w Japonii, po II wojnie światowej, jest odpowiedzią na fascynację silnych popkulturowych trendów, które narodziły się w Japonii, a podbiły serca całego świata (manga,anime,gry komputerowe itd.), jest też odpowiedzią na przestrzeń, której poszukują młodzi Japończycy, próbujący kontestować tradycyjne wzorce, schematy, opresyjność działania, któremu musiało poddać się starsze pokolenie. Trafnie wydaje się podsumowywać potrzeby powojennego społeczeństwa Alex Kerr, w swojej jakże obrazoburczej, ale i bardzo wnikliwej książce „Psy i demony”, który twierdzi, że Japończycy po prostu zdziecinnieli, zaś ich kultura uległa infantylizacji. Swoją tradycję dzielnica Harajuku czerpie z okresu okupowanej przez Amerykanów powojennej historii Japonii, kiedy właśnie w tych rejonach zamieszkiwali żołnierze i cywile amerykańscy. Ciekawość młodzieży japońskiej pchnęła ją do możliwie jak najbardziej skrupulatnego poznawania innej kultury, zapoznawania się z towarami pochodzącymi z Zachodu, w tym towarami gastronomicznymi, eksplorowania tych wszystkich aspektów szeroko pojętej mody, stylu życia, które były obce Japończykom, co w konsekwencji doprowadziło do narodzin ruchu, nurtu pokolenia, związanego z Harajuku, którzy w tej dzielnicy zaczęli eksponować swoją sztukę, zainteresowanie modą, oraz trendami innymi od tradycyjnie pojmowanych trendów japońskich. Nie ulega przy tym wątpliwości, że dla rozwoju Harajuku szczególne znaczenie miała olimpiada w Tokio, w 1964 roku, która przyniosła ze sobą falę turystów, oraz licznych sklepów, z których każdy chciał się pokazać od najlepszej strony. Od tego momentu w pełni znaczenia tego słowa różnorodność zaczęła święcić na Harajuku triumfy. Styl młodzieży w dzielnicy Harajuku zmienia się nieustannie. Niektóre jego elementy, po kilku latach tracą na znaczeniu, inne zyskują. Niemniej, można mówić o pewnym trzonie owej mody ulicznej, który niezmiennie pojawia się na ulicach Tokio od wielu lat. Mowa tu o Cosplay, Lolitach, Punku, Gyaru, Ganguro, Yamanba czy inaczej mówiąc Manba, oraz Visual Key, które to postaram się pokrótce opisać. Styl Cosplay opiera się na utożsamianiu się z postacią z filmu, gry, albo z komiksu. W tym stylu bardzo ważne jest dopracowanie każdego szczegółu. Liczy się każdy element wizerunku: fryzura, strój, makijaż, ale także sam sposób zachowania, zgodny z zachowaniem postaci, mimika, gestykulacja. Samo pojęcie „cosplay” wywodzi się z połączenia „costume” i „play”. Warto zwrócić przy tym uwagę, że zjawisko „cosplay” w Japonii, wzbudza z każdym rokiem coraz większe zainteresowanie, a to za sprawą samo napędzającej się machiny, jaką jest współistnienie przebierających się i fotografów: przybywa chętnych do fotografowania młodych ludzi, więc przybywa i samych „cosplay”. Swoją drogą to właśnie owo zwiększające się z każdym rokiem zainteresowanie, wpłynęło na usankcjonowanie i sformalizowanie tego procederu, powołując tym samym do życia szereg konwentów, w których „cosplay” biorą udział. Styl Lolity niekoniecznie musi się sprowadzać do bardzo krótkim spódniczek, zakolanówek i loczków. Istnieje wiele wariacji tego wizerunku, na czele z odniesieniem do bardziej wyszukanego, stylu wiktoriańskiego, czyli „gothic lolita”. W stylu lolity nie chodzi zatem, jak mogłoby się wydawać, o emanowanie zmysłowością, ale o wzięcie udziału z jednej strony w procesie infantylizacji roli kobiety, stawiając ją tym samym w opozycji do obecnych w kulturze społecznej oczekiwań, jak i odniesienie się do wzorców, propagowanych w epoce wiktoriańskiej, kiedy to kobiety miały przypominać porcelanowe lalki. Stałymi atrybutami stylu lolity na ulicach Tokio są zapinane pod samą szyje bufiaste bluzki, szerokie długie spódnice, gorsety, suknie z falbanami, najlepiej wszystko to okraszone dużą ilością koronki, uzupełnione kapelusikami, parasolkami i pasującymi do stylu torebkami. Kolorami dominującymi w tym stylu jest przede wszystkim biały i czarny, choć pole manewru zależy tylko od inwencji samego twórcy wizerunku. Źródła:Japanese Streets Style Arena CDN Samanta Pleskaczyńska –...

„Czerwone buciki” Andersena, czyli czego nie czytać dzieciom...

W odróżnieniu od baśni braci Grimm, baśnie Hansa Christiana Andersena uchodzą za znacznie mniej okrutne i mniej dosadne. Warto mieć jednak na uwadze, że o ile w swoim ogólnym brzmieniu ta teza znajduje potwierdzenie, o tyle, także i w twórczości Andersena znajdują się utwory bezwzględne, okrutne, owszem, moralizatorskie, ale w swojej dialektyce kary, zbyt dosłowne, aby miały być odpowiednie dla najmłodszych. Takim utworem są bez wątpienia „Czerwone buciki”.   Pomysł na „Czerwone buciki” narodził się najprawdopodobniej na przełomie 1884/1885 roku, kiedy Andersen dużo podróżował, a każda podróż przynosiła mu serię doświadczeń i zaskakujących w jego życiu zwrotów. W tym czasie był m.in. w Weimarze, Dreźnie, Lipsku, i Berlinie. Ponad wszystko ukochał sobie Weimar, miasto artystów, w których poznał wówczas 26-letniego Karola Aleksandra, duńskiego księcia, do którego zapałał od razu wielką namiętnością. Karol Aleksander, mimo poślubienia duńskiej księżniczki Zofii, odwzajemniał uczucia Andersena i z tej oto relacji narodziła się pełna emocji przyjaźń, która dodawała Andersenowi energii do działania.   Święta Bożego Narodzenia 1844 roku Andersen spędził już w Danii, w dworku Bregentved. Dość istotne wydaje się przy tym podkreślenie, że przebywając w Danii, Andersena bardzo często dopadał melancholijny, depresyjny nastrój, miewał ataki paniki, chronicznego strachu. W Danii pisarz czuł się outsiderem, co znajdowało swoje odzwierciedlenie w tworzonych utworach. W 1845 roku powstał nowy zbiór baśni, zatytułowany po prostu „Nowe baśnie”, i to właśnie w nim pisarz zawarł „Czerwone buciki”, będące przedmiotem niniejszego postu.   Fabuła jest dość prosta: oto biedna sierota Karen, która zostaje przyjęta na dwór zamożnej damy, nie do końca będąca w stanie docenić gestu, i wykorzystać szansy, jaka została jej dana, skupia się na bardziej prozaicznych sprawach, jak wręcz obsesyjna chęć posiadania czerwonych bucików, podobnych do tych, które to po raz pierwszy widzi u księżniczki. Buty te otrzymuje, na w poły podstępem i odtąd staje się całkowicie od nich zależna. Trudno pojąć dlaczego właśnie chęć posiadania owych czerwonych butów miała tak ogromne znaczenie dla Karen, czy było to podyktowane chęcią zbliżenia się (pozornego) do pewnego statusu, czy wiarą w mechanizm zastąpienia (Karen wcześniej posiadała czerwone trzewiki, wykonane ze skrawków skóry, w dość nieumiejętny sposób, przez żonę szewca, których to po oddaniu się pod opiekę starszej damy, musiała się pozbyć). Pewne natomiast jest to, że u Andersena stopy winny kojarzyć się z ludzką duszą (takie same konotacje budzi baśń o „Małej Syrence”).   Nie zapominajmy, że przestrzeń duchowa Andersena to przestrzeń kultury protestanckiej. Przestrzeń, w której zarówno pojęcie sacrum, jak i surowego, starotestamentowego Boga, stanowią jej stałe składowe. Przestrzeń ta doskonale odnajduje się w baśniach Andersena, co widoczne jest w szczególności w „Czerwonych bucikach”. Oto, prosta Karen (mająca tak samo na imię, jak przyrodnia siostra Andersena), idąc na konfirmację, zamiast próbować podjąć dialog z Bogiem, zakłada błyszczące trzewiki, na których skupia całą swoją (i na jej nieszczęście nie tylko) uwagę. Ale Bóg przecież i tak jest milczący, a nowe buciki takie piękne. Karen nie jest w stanie partycypować w sferze sacrum, bo jej nie rozumie (idąc za Rudolfem Otto, sacrum to stan, w którym nawiązuje się relacje z numinosum, będącym siłą, która jednocześnie wzbudza trwogę i lęk, ale też pociąga i zniewala). Samo określenie ontologii sacrum nie wystarczy przecież do uczestnictwa w nim, konieczne jest zdanie sobie sprawy z niewyrażalnej tajemnicy, która dla dziewczyny jest za bardzo odległa. Problem polega jednak na tym, że porządek panujący w etyce protestanckiej nie przyjmuje takiego tłumaczenia, więc dziewczyna musi ponieść karę. I faktycznie ją ponosi. Nie od razu, a przy następnej próbie, której zostaje poddana. Zamiast pozostać przy swojej, chorej opiekunce, udaje się na bal, w swoich błyszczących, czerwonych bucikach. Chwilę później Karen zostaje skazana na wieczny taniec, w lesie, w polu, za dnia i w nocy. Skazuje ją na to zesłany z nieba anioł. Absolutnie bezwzględny. Zmęczona niemożnością panowania nad swym losem, zapanowania nad swoją duszą, oddaje się w ręce kata, który na prośbę dziewczyny odcina jej stopy, wraz z czerwonymi bucikami. One żyją nadal, równie żywotnie podskakując, co wcześniej. Ona też próbuje żyć: o kulach, wracając do punktu wyjścia, żebrząc, aby przetrwać. Wraca do kościoła, w którym pogodzona z Bogiem dokonuje żywota, a w niebie „nikt już nie pytał o jej czerwone buciki…”. Źródła: H.Ch. Andersen, Czerwone buciki. J. Wullschläger, Andersen: życie baśniopisarza, WAB 2005. Samanta Pleskaczyńska – Chcemywiedziec.pl  ...

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress