Ikony stylu: Audrey Hepburn

Audrey Hepburn nigdy nie była specjalną fanatyczką mody, kierowała nią jednak niezwykła intuicja i łatwość w doborze garderoby. Dzięki temu, do dnia dzisiejszego uchodzi za jedną z największych ikon, a jej styl jest naśladowany nieprzerwanie przez kilkadziesiąt lat, zarówno w kontekście detali, do których sięgała, dodatków, jak i swobody kształtowania całościowego wizerunku. Audrey była pełna wdzięku i klasy, ale stać za tym może nie byle jakie pochodzenie. Była w końcu córką holenderskiej baronowej Elli van Heemstra i brytyjskiego dyplomaty Josepha Hepburna. W roku 1970 magazyn „Kino” przytoczył cytat Billy’ego Wildera, który powiedział: „Ta dziewczyna jest nową epoką. Ona pobiła wszystkie wampy filmowe”. Przez wiele lat Hepburn była traktowana w kategorii fenomenu, bardziej jako zjawiska, niż analizowania talentu, możliwości, wypracowanych technik. Znacznie bardziej publiczność interesowała jej życie prywatne, niż role, w których grała. Zresztą Audrey była bardzo oszczędna w mówieniu o sobie. Nie udzielała zbyt wielu wywiadów, nie mówiła o swoich związkach, dużo pracowała, nie wdawała się w skandale, dlatego tym bardziej, jej pojawienie się publiczne budziło tak wiele emocji. W 1953 roku Audrey wystąpiła w „Rzymskich wakacjach”, gdzie partnerował jej Gregory Peck, zaś w 1954 roku zagrała rolę współczesnego kopciuszka w filmie „Sabrina”, i odtąd można mówić już o jej dużej popularności. Aby móc wyobrazić sobie skalę tej popularności, warto wziąć pod uwagę chociażby ogłaszane w tamtym czasie konkursy na dziewczynę najbardziej podobną do Audrey. Styl Audrey Hepburn budowany był i kształtowany od początków lat 50-tych. Na planie „Sabriny” aktorka nawiązała współpracę z Hubertem de Givenchy, wówczas młodym, początkującym francuskim projektantem, który stawiał na prosty, oszczędny, aby nie powiedzieć surowy, ale jednocześnie bardzo elegancki i wyrafinowany styl. Do najbardziej rozpoznawalnej kreacji z tamtego czasu należy suknia bez ramion z białej organdyny, która została wykończona kwiatami wyhaftowanymi z białych perełek, oraz sukienka koktajlowa z dekoltem w łódkę. W „Śniadaniu u Tiffany’ego” – bezsprzecznie najsłynniejszej roli Audrey, aktorka występuję głównie w dwóch kreacjach zaprojektowanych przez Givenchy: małą czarną, bez rękawów, z nieco szerszym dołem, wykończonym postrzępionymi frędzelkami, do której nosiła wielki kapelusz z szerokim rondem. Drugim strojem była dopasowana w talii sukienka wieczorowa, ze spektakularnym dekoltem na plecach, a do tego długie, czarne rękawiczki. Rola Audrey w „Śniadaniu u Tiffany’ego” bardzo mocno podziałała na zbiorową wyobraźnię odbiorców. Szczególnie przemówiła do nich fryzura – włosy zebrane gładko do tyłu (opracowana przez Grazzię de Rossi), oraz naszyjnik złożony z kilku sznurów pereł. Audrey, jak wiele aktorek przed nią, i także wiele po niej doskonale wpisała się w wówczas panujący modelowy „star system”, mimo że za jej wizerunkiem wcale nie stała wytwórnia, a jej własna intuicja. Sprostała panującym oczekiwaniom publiczności, dzięki czemu możliwe było jej przeobrażenie w stronę ikoniczności. Sam fakt przejścia do historii mody i stylu tak charakterystycznych dla Hepburn, jak chłopięca, krótka fryzura, grzywka, długie rękawiczki, okulary Ray Ban, świadczy o potężnym oddziaływaniu aktorki na odbiorców. Duże znaczenie ma przy tym również samo przetrwanie tego stylu i jego ewolucja. Nie ma znaczenia, że Audrey Hepburn nie była seksbombą, o czym świadczy jej sylwetka: długie nogi, ale o dużych stopach, niewielkich rozmiarów biust (żeby nie powiedzieć: niedostrzegalny), chude ramiona, kościstość, duży nos, szerokie usta. Mimo tego łączy w sobie delikatność, słodycz i urok osobisty. Oprócz tego zaraża entuzjazmem, ciekawością świata, zalotnością. Wpływu Audrey Hepburn na modę i styl nie można przecenić. Prosty, acz elegancki wygląd (przede wszystkim za sprawą wieloletniej współpracy z Givenchy), wyrafinowana klasyka, przemyślane dodatki – wszystko to po dziś dzień działa na wyobraźnię setek tysięcy kobiet, czyniąc z Hepburn niewymuszoną ikonę stylu. Za co zatem kochamy Audrey Hepburn? Za proste sukienki, które czasami mogą zdziałać więcej, niż tona biżuterii i futra razem wzięte. Za długie rękawiczki, które dodają klasy i wyrafinowania każdemu strojowi. Za duże, słomkowe (i nie tylko) kapelusze, chroniące przed słońcem i dodające uroku i filuterności. Za krótko przycięte włosy, które przy jednoczesnym podkreśleniu oka i ust mogą nadal wyglądać kobieco. Za noszenie męskich garniturów i muszek, które wespół z pomalowanymi ustami i sztucznymi rzęsami, oraz z urokiem osobistym mogą stworzyć obraz niezwykle zmysłowej kobiety. Za białe kołnierzyki, które wystając ze swetrów i bluz zawsze dodają kobiecie szyku. Za noszenie grzywki nie zawsze prosto, a często w sposób asymetryczny. Za noszenie baletek, zarówno do zestawów eleganckich jak i sportowych. Za sukienki typu „babydoll”! Samanta Pleskaczyńska –...

„Spirited Away” o relacji dobra i zła Hayao Miyazakiego cz.2...

Bez wątpienia, jedną z najważniejszych postaci w „Spirited Away” jest Haku. To oś łącząca świat bogów, bóstw, nadprzyrodzonych istot i świat ludzi. W zależności od zapisu w kanji, imię Haku oznacza „pana, władcę” albo kolor biały. Jego siły witalne związane są z wodą, z rzeką, o czym chłopiec musi sobie z czasem przypomnieć, w wyniku zaklęcia, jakie rzuca na niego Yubaba, odbierając mu imię, a tym samym jego tożsamość. To chłopiec zawieszony pomiędzy pragnieniem bycia kimś innym, poddanym Yubabie, wykonującym jej rozkazy, a jednocześnie potrafiącym odnaleźć w sobie pokłady współczucia, empatii i silnej woli, aby przeciwstawić się czarownicy. Od samego początku pomaga Chichiro, uczula ją na wiele sytuacji i okoliczności, które mogłyby ją kosztować bardzo dużo, w tym całkowitą stratę dotychczasowego, dobrze znanego jej życia. W zamian za to Chichiro odwdzięcza się Haku, walczy o niego, w końcu pomaga mu przypomnieć swoją tożsamość jako bóstwa rzeki, jego prawdziwe imię (Nigihayami Kohakunushi). Mimo, że Haku służy Yubabie,jest złodziejem (kradnie cenną pieczęć od siostry bliźniaczki Yubaby – Zubaby), postępuje często niegodnie, miłość, jaka rodzi się z relacji z Chichiro pozwala mu przypomnieć sobie kim był, czym jest dobro, jak należy postępować i co zasługuje na pogardę. Haku odzyskuje swoją prawdziwą naturę, co jednocześnie równoznaczne jest ze śmiercią Kamaji. Łańcuch reakcji jest tutaj nieubłagany, a cena miłości, przyjaźni, lojalności nader wysoka. Bez twarzy (Kaonashi): Bez twarzy wydaje się być najbardziej problematyczną istotą w świecie „Spirited Away”. Po raz pierwszy Kaonashi pojawia się na moście. Ma trudności w komunikowaniu, ponieważ może przemawiać tylko za pośrednictwem połkniętych przez siebie stworzeń. Poprzez połykanie pracowników łaźni, ma szansę stać się bardziej atrakcyjny i ludzki. Konsumując ich nabywa ich osobowość i zdolności rozumowania. Sam z siebie ma niewiele do zaoferowania, podszywając się pod innego człowieka ma możliwość artykułowania swoich pragnień i myśli. Postać Bez twarzy nie ma odniesienia do folkloru japońskiego, narodziła się w 100% w głowie Miyazakiego. To co liczy się najbardziej to sama maska, jej zakładanie, dzięki czemu możliwe będzie, choć na chwilę, stanie się kimś innym. Oczywiście, wszystko ma swoje granice. Po zjedzeniu ducha rzeki, dochodzi do swego rodzaju „oczyszczenia” i Bez twarzy dosłownie wypluwa z siebie wszelkie wcześniej pożarte istoty, a razem z nimi czarną, gęstą maź, przypominającą w wyglądzie smołę. Początkowo Bez twarzy jest negatywnie nastawiony do Chichiro i ją również postanawia pożreć, ale kiedy dziewczynka okazuje mu zainteresowanie i swoją dobroć, staje się jej wierny i w pełni oddany. To pokazuje jak podatny na wpływy jest Bez twarzy. Pożerając ludzi z łaźni staje się zuchwały, arogancki, samolubny i głośny, co symbolizować ma korupcję i wszelkie negatywne cechy przebywających w łaźni ludzi i pozostałych stworzeń. Przebywając z Chichiro, a później udając się do Zubaby staje się łągodny i dobry. Bez twarzy Miyazakiego to wszystkie te osoby, które nie mają własnej tożsamości, które czują się zagubione, a jednocześnie którymi łatwo manipulować. To osoby, które nie są w stanie same podejmować decyzji, są zdane na łaskę innych. Zawieszone pomiędzy pragnieniem bycia kimś innym, a tym, kim są naprawdę. W świecie Miyazakiego każda z postaci ma określoną, przyporządkowaną jej funkcję, jest symbolem, nośnikiem głębszych treści i komunikatów. Yubaba pełna jest złych cech, symbolizuje wszystko to, co groźne dla relacji międzyludzkich: okrucieństwo, pazerność, zachłanność, brak skrupułów, brak dobrej woli. Kamaji i Haku to reprezentaci sił dobra, gotowi walczyć, aby odzyskać, albo wpłynąć na to, co wartościowe i dobre. Przeciwstawiają się Yubabie, ponieważ bardzo mocno zakorzenione jest w nich poczucie przyzwoitości. Są gotowi zaryzykować swoim życiem, aby tkwiące w nich ideały mogły wydobyć się na zewnątrz. Bez twarzy to z kolei symbol niepewności, i braku zdecydowania. Kreując swoje postacie Miyazaki odwołuje się do japońskiej mitologii, ale tylko po to, aby nadać danej figurze pewien zarys. Nie czerpie z niej garściami, intuicyjnie prowadzi postaci, pozwalając im jednocześnie na „samodzielne” obranie kierunku, w którym będą zmierzać. Dość precyzyjnie przy tym stawia granicę pomiędzy tym, co dobre, a tym co złe. Nie zapominając przy tym o podkreślaniu wagi konfliktu  natury i cywilizacji. Jest to widoczne także w fabule „Spirited Away”, kiedy za „naturą” stoją siły dobre, czyste, nieskalane, a za rozwojem cywilizacji stoi ludzka zachłanność, pazerność, samolubstwo, korupcja. Naturę reprezentuje Haku, Kamaji i Zubaba. Cywilizację i jej pozbawione skrupułów dążenie do rozwoju, bez oglądania się na straty reprezentuja Yubaba i klienci łaźni. Bez twarzy wydaje się być zawieszony w tym konflikcie, pomiędzy dwoma porządkami, ale ostatecznie skłania się ku naturze. Wybór, z punktu widzenia Miyazakiego wydaje się być oczywisty. Samanta Pleskaczyńska –...

O modelowych horrorach kina lat 30.-tych: „Dracula” i „Frankenstein”...

O ile w literaturze grozy jako najbardziej znakomitych przedstawicieli gatunku wymienia się Edgara Allana Poe i Howarda Philipsa Lovecrafta, którzy dzięki swojej wyjątkowej intuicji, neurotycznemu charakterowi oraz zdumiewającej wyobraźni stworzyli cały szereg postaci, opowieści i zdarzeń, określanych mianem niesamowitych, o tyle w świecie filmu do takich „ikon” należą Tod Browning, twórca „Draculi” (1931) czy „Dziwolągów” (1932), jak i James Whale I, odpowiedzialny za powstanie takich obrazów, jak „Frankenstein” (1931), „Narzeczona Frankensteina” (1935), czy „Niewidzialny człowiek” (1933), choć ten pierwszy w swojej karierze nakręcił tylko jeden z prawdziwego zdarzenia horror (właśnie „Draculę”). Zarówno Browning, jak i Whale doskonale zdawali sobie sprawę z tego, do jakich mechanizmów należy sięgnąć, aby widza przestraszyć a jednocześnie zaintrygować. Bo na tym właśnie polega fenomen kina grozy i paradoks kina gatunkowego, jakim jest horror. Widz ma odczuwać jednocześnie lęk i fascynację oglądanym obrazem, przerażenie i podniecenie. Swoje zainteresowanie grozą i niesamowitością Browning przejawiał od najmłodszych lat: ucieczka z domu w wieku szesnastu lat, a następnie dołączenie do wędrownego cyrku nie sprawiła mu większej trudności. Szczególne znaczenie dla jego późniejszego ukształtowania przyjętej estetyki miała fascynacja wszystkim tym, co dziwne (choćby freak show), niesamowite, ukryte czy zdeformowane. Po piętnastu latach od ucieczki z domu Browning wreszcie trafił do Hollywood, gdzie początkowo występował w komediach slapstickowych, następnie reżyserował własne (powstało ich około 40). Na początku lat 20. dosięgnął go kryzys (śmierć ojca wpędziła Browninga w depresję i alkoholizm, skutkiem czego było odejście żony i zmniejszone zainteresowanie producentów filmowych jego pracą – finalnie i żona i producenci postanowili dać mu drugą szansę), jednak do wybuchu wojny wyreżyserował aż 31 filmów pełnometrażowych. Fenomen Browninga polega na tym, że nawet gdyby nakręcił wyłącznie jedno dzieło – „Draculę” stałby się popularny. Nie ulega bowiem wątpliwości, że do dnia dzisiejszego jest to jeden z najbardziej inspirujących utworów w historii kina grozy. Owszem, „Dracula” Browninga może wydać się zbyt teatralna, ale czy nie na tym także polega jej urok? Potrzeba odczuwania lęku uznawana jest za jedną z rudymentarnych, pierwotnych potrzeb ludzkich. Lubimy się bać, choć nasz strach musi być kontrolowany. Filmy grozy stają się formą zabawy, rozrywki. Akceptujemy proponowaną konwencję, także dlatego, aby móc oderwać się od tego, co w rzeczywistości może napawać lękiem. Oba kultowe obrazy: „Dracula” i „Frankenstein” powstały w tym samym roku – 1931. Oba wylansowały sylwetki aktorów, które po dziś dzień kojarzą się z kwintesencją grozy – mowa tu oczywiście o Borisie Karloffie i Beli Lugosi. To właśnie ci dwaj aktorzy odpowiedzialni byli za wykreowanie na ekranie nowego typu bohatera: strasznego ale zarazem fascynującego. Monstrum Frankensteina, mimo że wzbudza w odbiorcach strach, jednocześnie wywołuje współczucie, co jest dość niezwykłe. Zgoła odmienne emocje budzi z kolei Dracula – żywy trup, którego unicestwienie ucieszyłoby publiczność. Sukces „Draculi” z 1931 r. (swoją drogą kręconej w dwóch wersjach, w tej samej scenografii, w dzień i w nocy : angielskiej i hiszpańskiej) uzmysłowił szefom Universalu, siłę, jaka tkwi w kinie grozy, co sprowokowało wyprodukowanie w następnych latach kolejnych obrazów, niekoniecznie dobrych, ale publiczność zdawała się tego nie widzieć. W kolejnych latach Dracula pojawia się na ekranach dość systematycznie (choć nie zawsze fizycznie jest obecny, często bywa tłem opowieści, odniesieniem, kontekstem). W 1936 roku w obrazie „Córka Draculi”, w 1943 roku w „Synu Draculi” a w 1944 w „Domu Frankensteina”, gdzie pysznie spędza czas z Frankensteinem i Wilkołakiem. Popularność „Draculi” wpłynęła też zasadniczo na karierę Bela Lugosi. Z jednej strony praktycznie z dnia na dzień stał się synonimem i ikoną kina grozy, aktorem, którego teatralne gesty, maniery, przenikliwe oczy, węgierski akcent stały się przedmiotem nieustannego naśladowania, z drugiej zaś notoryczne utożsamianie go z hrabią Draculą całkowicie zrujnowało jego karierę. Jego „bycie” sprowadzało się tym samym wyłącznie do rywalizowania z Borisem Karloffem o tytuł najpopularniejszej gwiazdy gatunku kina grozy. Nie ulega wątpliwości, że „Dracula” zasługuje na tytuł klasyka gatunku, mimo wielu niedociągnięć, zarówno obsadowych, oświetleniowych, zbyt wielu statycznych ujęć, nieprzekonujących dialogów, czy niezdarnego operowania kamerą. Ciekawostką jest to, że słabości Browninga wykorzystał Whale, który pracując przy „Frankensteinie” pragnął stworzyć dzieło ponadczasowe, uniwersalne i jeszcze popularniejsze niż „Dracula”. Warto podkreślić, że początkowo w rolę potwora Frankensteina miał się wcielić właśnie Bela Lugosi, ale odrzucił rolę, ponieważ nie chciał grać postaci, która nie wypowiada na ekranie ani jednego słowa. Tym samym, Whale na potwora wybrał wówczas 44-letniego Borisa Karloffa, który dzięki znakomitej charakteryzacji Jakca Pierce’a przeobraził się w najbardziej rozpoznawalnego i kasowego potwora wszech czasów. Premiera filmu, która odbyła się 4 listopada 1931 roku w Mayfair Theatre na Time Square wzbudziła absolutną sensację. W niedługim czasie przychód filmu wyniósł 12 milionów dolarów (co przy koszcie produkcji na poziomie 262 tysięcy był absolutnym sukcesem). Pamiętać należy, że dopiero w 1985 roku światło dzienne ujrzała pełna, nieocenzurowana wersja filmu, zawierająca w sobie m.in. scenę morderstwa małej dziewczynki – Marii, scenę wieszania ciała Frankensteina, czy scenę, kiedy Frankenstein wypowiada kwestię:...

Wakacje w niebie? Zapraszamy na Rodos!

Macie ochotę na relaks, urlop, słońce? Na plażowanie, wylegiwanie się na ciepłym piasku, poznawanie nowych smaków albo rozkoszowania się tymi, które już znacie. Nadszedł już czas, żeby zacząć o tym myśleć, ale polska pogoda nie do końca daje nam sposobność długoterminowego planowania, dlatego jeśli chcemy wypocząć i mieć jednocześnie pewność, że pogoda będzie nam sprzyjać, proponujemy wybrać się na Rodos – wyspę słońca, wspaniałej kuchni, cudownej atmosfery. Wyprawa na Rodos wcale nie musi się wiązać z tak dużymi kosztami, jak mogłoby się wydawać. Jeśli nie nastawiamy się na bardzo wysoki standard, i ważniejsze będzie dla nas zwiedzanie, wypoczywanie, smakowanie, niż przesiadywanie w hotelu, nad basenem, koszt tygodniowej wyprawy (na którą składa się lot w obie strony oraz nocleg, bez wyżywienia) dla jednej osoby zmieści się w  1100 złotych. To niewiele, biorąc pod uwagę koszt samych noclegów, jakie oferują ośrodki nad polskim morzem, gdzie pogoda bywa równie kapryśna, co właściciele prywatnych domków do wynajęcia. Oczywiście koszt ten wiąże się z organizowaniem wyjazdu na tak zwany własny koszt, bez korzystania z pomocy biur podróży. Nie ma co ukrywać, że plusem organizowania takiego wyjazdu samodzielne jest przede wszystkim ograniczenie kosztów, wybór dogodnego miejsca, hotelu, terminu, a ponadto swoboda, z jaką można planować cały wyjazd. No dobrze, ale jak to wszystko z głową zaplanować, co zwiedzać, co jeść? Zatem po kolei. Po pierwsze, najkorzystniejsze pod względem finansowym będzie wzięcie samolotu z Berlina (żadne połączenie z Polski nie wyjdzie tak korzystnie jak właśnie ze stolicy Niemiec, no chyba że mówimy o ofertach last minute i czarterach, ale w takim przypadku nie mamy zbyt dużego pola manewru, jeśli chodzi o możliwość zaplanowania sobie dalszego terminu). Bilet z Berlina dla jednej osoby nie powinien przekroczyć 700 złotych. Owszem, musimy doliczyć koszt transportu do samego Berlina, ale obecne oferty niewielkich busów, albo połączeń kolejowych z większości dużych miast polskich jest tak korzystne, że i tak wyprawa nadal będzie nam się kalkulować. Jeśli chodzi o kwestie noclegowe, najlepiej będzie jeśli zarezerwujecie sobie nocleg odpowiednio wcześniej (choćby ze względu na bogatszą ofertę, jak i gwarancje niższych cen). Sugerujemy dokonać rezerwacji nie w samym sercu dużych miast, tylko na jego obrzeżach, albo w mniejszych miejscowościach, usytuowanych niedaleko najważniejszych punktów wypadowych. Koszt będzie niższy, a połączenia z lotniskiem, i pozostałymi miejscami nadal atrakcyjne. Tygodniowy pobyt można zamknąć bez problemu w sezonie letnim (lipie-sierpień) w kwocie 300 złotych dla jednej osoby, Jak już znajdziemy się na tej bajkowej wyspie, należałoby zaplanować szczegółowo swój pobyt, tym bardziej, że do zwiedzania jest całkiem sporo. Z naszej strony chcielibyśmy zaproponować Wam kilka bardzo szczególnych miejsc: 1. Dla lubiących piesze wycieczki polecamy zwiedzenie Starego Miasta w Rodos. Znajduje się tam wiele ciekawych obiektów, zarówno korespondujących i nawiązujących do kultury greckiej, jak i kultury islamskiej, czy żydowskiej. Można zwiedzić np. Meczet Ibrahima Paszy, zbudowany w 1531 roku, mający wspaniałe, bogate wnętrze. Mimo, że obecnie trwają prace konserwatorskie, można też z zewnątrz obejrzeć Meczet Sulejmana Wspaniałego. Budowla ta uchodzi za jedną z najbardziej charakterystycznych dla miasta Rodos, ale jest bardzo zaniedbana i nie nadaje się do zwiedzania wewnątrz. Innym miejscem, do którego warto się wybrać jest dzielnica żydowska (Ewriaki). Funkcjonowała od I wieku n.e. aż do okupacji w roku 1944. Na rok przed zakończeniem wojny całą ludność żydowską wywieziono do obozów koncentracyjnych. Na cześć ofiar holocaustu powstał plac – Plateia Ewraion Martyron (plac Żydowskich Męczenników). Zainteresowanych historią i sztuką polecamy zwiedzenie Muzeum Bizantyjskiego. Usytuowane w XI-wiecznym kościele, mieszczą w sobie ikony i freski (na szczególną uwagę zasługują malowidła z Moni Tharii i freski z kościoła Agios Zacharias na Chalki). 2. Szczególnym miejscem w mieście Rodos jest Pałac Wielkich Mistrzów. Zbudowany w XIV wieku wielokrotnie był wystawiony na liczne próby: przetrwał trzęsienie ziemi, oblężenie, wreszcie spłonął i to w dodatku w wyniku przypadkowej eksplozji, w roku 1856. Został odrestaurowany za panowania Mussoliniego. Wstęp do pałacu jest płatny, do najciekawszych sal należy Sala kolumnowa, Sala Meduzy  (znajdziemy w niej wizerunek jednej z mitycznych gorgon – Meduzy) i Sala Laokoona. Na pewno jest to jeden z ważniejszych punktów podczas zwiedzania Rodos. 3.  Zwiedzając Nowe Miasto warto choć na chwilę zatrzymać się w porcie Mandraki. Niegdyś stał tam słynny kolos rodyjski (gigantyczny posąg Heliosa), teraz u jego wejścia znajdują się rzeźby jelenia i łani. Oprócz tego na wzgórzu góruje latarnia morska, dawna XV-wieczna twierdza Agios Nikolaos. W porcie można zjeść smaczny posiłek i rozkoszować się wspaniałymi widokami. 4. Wspaniałym miejscem, w którym można odpocząć po całodniowym zwiedzaniu, jest także park Rodini, usytuowany nieco poza Rodos (3 km na południe od miasta). Miejsce jest magiczne: w roku 330 p.n.e. funkcjonowała tu szkoła retoryki, zaś w średniowieczu joannici uprawiali tu zioła. W parku można nacieszyć się zielenią, odpocząć, nawdychać świeżego powietrza i podładować akumulatory przed dalszym zwiedzaniem wyspy. Będąc na Rodos nie możemy zapomnieć o jednej z największych atrakcji: lokalnej kuchni, która może niejednemu smakoszowi sprawić niemałą przyjemność, ale to już temat na następny post. Samanta Pleskaczyńska –...

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress